Trasa Transfogaraska: wyzwanie do którego warto wracać. Do skutku (z nami dowiesz się, jak uniknąć błędów)

czwartek, 1 marca 2018
data:post.title
Trasa Transfogaraska - obiekt naszych marzeń i westchnień. I to niekończących się. Musimy bowiem wyznać: jeszcze tam tak do końca nie wjechaliśmy. A próbowaliśmy. Cztery razy. I mimo, że stanęliśmy na szczycie, to nie dotarliśmy tam samochodem. Równie dobrze moglibyśmy być dumni z przepłynięcia basenu parostatkiem. Mając za pasem bogaty bagaż błędów, chętnie podzielimy się nimi z Wami, licząc, że chociaż części z nich uda się Wam uniknąć.

Trasa Transfogaraska swoją sławę zyskała po tym, jak Jeremy Clarkson (chyba w programie Top Gear) powiedział, że to najlepsza trasa do jeżdżenia samochodem na świecie. Tym stwierdzeniem zdetronizował dotychczasową królową górskich szos Passo Dello Stelvio (o tej włoskiej trasie pisaliśmy TUTAJ). My, mimo iż odporni na wszelkie motoryzacyjne trendy, chcieliśmy po prostu zobaczyć malowniczą trasę, wybudowaną w poprzek nieprzejezdnych gór na przekór zdrowemu rozsądkowi, a przy okazji fakt - przeżyć długie wspinanie się serpentynami w góry Fogaraskie, zobaczyć malownicze widoki, zatrzymać się na chwilę przy jeziorku Balea Lec. Dlatego podjęliśmy próbę wjechania na Trasę Transfogaraską, a kiedy pierwszy raz polegliśmy, próbowaliśmy znowu.
A prób było kilka. Poniżej przedstawiamy szczegółowe wyliczenie naszych klęsk.
1. Marzec 2014 - właściwie byliśmy przekonani, że przejechaliśmy Transfogaraską. Były kręte drogi, piękne krajobrazy, ładne monastyry, sporo emocji. Niestety, pomyliliśmy drogi, okazało się że to zwykła droga przelotowa pomiędzy miastem Sybin (o którym pisaliśmy tutaj), a Ramnicu Vulcea. Swoją drogą - polecamy tę trasę. Jest miła, łatwa i przyjemna, a widoki i tak zachwycają. Jeśli tylko nie planujecie porównywać Waszych zdjęć ze zdjęciami innych możecie uparcie twierdzić, że przejechaliście. My w kłamstwie Transfogoraskim żyliśmy  przez jakiś czas, było super.
2. Znów marzec 2014 - z miasteczka Fogarasz (przecież nazwa nie może mylić) postanowiliśmy pojechać na azymut w kierunku wysokich gór. Niestety, droga się skończyła, zgubiliśmy się, Trasy Transfogaraskiej nie było. Swoją drogą - język rumuński nie jest najłatwiejszy, jeśli myślicie, że otwierając okno i pytając "Transfogarasan" zostaniecie dobrze pokierowani, możecie się zawieźć.
3. Kwiecień 2014 (tak, długo błąkaliśmy się wtedy po Rumunii). Znaleźliśmy punkt startowy, przygotowaliśmy mapy, zaopatrzyliśmy się w niezbędne płyny i jedziemy. Niestety, głupi jest ten, kto ma nadzieję, że Lanosem na letnich oponach można sobie bezkarnie hasać po wysokich Karpatach. Śnieg powiedział nam: nie tym razem, ogarnijcie się i wróćcie tu już jako blogerzy. Co też postanowiliśmy uczynić w próbie czwartej.
4. Próba - ta najważniejsza, bo dojechaliśmy - powiedzmy optymistycznie - najdalej. 27 maja 2017 roku.
Od samego początku wszystko szło zgodnie z planem. Po łatwym i pewnym przejechaniu Transalpiny (o czym można przeczytać tutaj), znaleźliśmy odpowiedni punkt startu (z drogi z Sybina na Braszów skręcamy w kierunku wsi Cârțișoara - stamtąd droga będzie nas już prowadziła sama). Kiedy pobocza zaczęły zmieniać się w strome i zalesione zbocza, wiedzieliśmy już, że jesteśmy blisko.
Aż oczom naszym ukazał się taki oto widok. To miejsce to dolna stacja kolejki górskiej, która prowadzi na szczyt przełęczy, jeśli ktoś nie chciałby z jakiś powodów wjeżdżać tam autem.
W sumie to szybko poznaliśmy powód, dla którego pojechanie autem na Trasę Transfogaraską w maju jest niemożliwe. To niestety inna bajka niż z Transalpiną, która nawet jeśli jest formalnie zamknięta, to można wziąć i jechać, próbować, a w razie czego zawrócić. W Fogaraszach taka sztuczka nie przejdzie. A tych, którzy próbują, i tak zatrzyma ciężka, betonowa blokada (była ciężka, wierzcie nam - próbowaliśmy). Dlatego nie wjechaliśmy samochodem do końca Trasy Transfogaraskiej, to wyzwanie jeszcze przed nami. Zdecydowaliśmy się jednak na drogę alternatywną, żeby zrobić porządny rekonesans.

Po negocjacjach z obsługą (nie było łatwo, w maju kolejka jeździ tylko do 17, my byliśmy tam gdzieś o 16:40), wsiedliśmy w kolejkę górską typu gondola, podobną do tej, które można było oglądać w polskich górach w szczytowych latach 90. i ruszyliśmy w górę. Od razu powiemy: opłacało się. Zobaczyliśmy nieco inną perspektywę samej trasy.
Wijąca się droga z góry wyglądała całkiem ciekawie.
A ten widok jak na dłoni ujawnił nam powody tego, że trasa jest ciągle zamknięta. Jeśli dobrze przyjrzycie się zdjęciu powyżej, zobaczycie na pewno przewróconą koparkę, która zapewne będzie ratowana w lepszych dla akcji ratowniczych czasach.
Zobaczycie też ogromne połacie śniegu, które ciągle zalegają na drodze, a jak dowiedzieliśmy się od obsługi, ich usunięcie jest bardzo trudne, bo śnieg bestialsko wykorzystuje prawa grawitacji i usypuje coraz to nowe zaspy. Zresztą dla obsługi stacji było jasne: lepiej poczekać jeszcze z miesiąc, aż śnieg sam się roztopi, niż męczyć się z odśnieżaniem na poziomie expert.
W każdym razie tak prezentuje się najwyższy szczyt Drogi Transfogaraskiej od strony północnej, kiedy jeszcze tunel, którym można dotrzeć na południową stronę trasy jest szczelnie zamknięty przez śnieg. Warunki pogodowe faktycznie nie rozpieszczają nawet pod koniec maja, więc warto ubrać się raczej ciepło.
A to już jezioro Balea, położone na wysokości 2034 metrów n.p.m., jak widać, ciągle jeszcze skute lodem, choć padające na nie promienie słońca już niedługo, pewnie pod koniec czerwca, ów lód stopią. Na razie jednak czeka nas aura raczej kojarząca się co najwyżej z wczesnym przedwiośniem. Nie jest to może morze, ani nawet Morskie Oko, ale nam się podoba.
Te zdjęcia jasno pokazują, że w celu pokonania Fogaraszy musimy znaleźć okno pogodowe. Jeśli oficjalne informacje mówią, że takie bywa tam od końca czerwca do września, już wiemy, że te informacje bierzemy na poważnie.
Tym razem zatem udało nam się zobaczyć spektakularne widoki, spędzić trochę czasu nad skutym lodem jeziorem Balea i więcej dowiedzieć się o Drodze Transfogaraskiej, którą po raz kolejny, chyba już piąty (i miejmy nadzieję, że w końcu nam się uda), próbowaliśmy przejechać z Sybina do Pitesti.

Ucz się na naszych błędach, czyli jak pokonać Trasę Transfogaraską:
1. Start. Najlepiej wyjechać z miasta Sybin (którym zachwycaliśmy się w tym wpisie) i kierować się do jeziora Balea. W pewnym momencie zauważymy, że nie da się zabłądzić, a jedyne co może nam przeszkodzić, to powody opisane powyżej. W ten sposób przejedziemy Drogę Transfogoraską od północnej strony, która podobno jest bardziej spektakularna. Po stronie południowej czeka nas z kolei sporo atrakcji, jak choćby zapora na rzece Ardżesz o wysokości ponad 160 metrów.

2. Upewnij się, czy trasa jest już otwarta - jeśli słyszeliście, że zostanie otwarta 1 lipca, nie wybierajcie się w czerwcu - nic nie zdziałacie - tych betonowych barierek nie da się ominąć.

3. Trasa ma 90 km długości - niby nic, ale to raczej powolne wspinanie się przy prędkości 40 km/h - takie ograniczenia czekają nas na drodze. Nie radzimy wyjeżdżać w Fogarasze na rezerwie - po drodze nie ma stacji benzynowych.

4. Przed wyjazdem sprawdź pogodę. Najlepiej popatrzeć na którąś z kamerek internetowych, która pokazuje okolice jeziora Balea - to wiele powie nam o sytuacji na górze trasy. Taką kamerkę można zobaczyć m.in. tutaj:


5. O przejezdność trasy można też spytać w Sybinie. Jeśli akurat w informacji turystycznej traficie na osobę, która posługuje się językiem angielskim.

POWODZENIA! Weź jedź, my co prawda kilka razy polegliśmy, ale raczej przez brak informacji. A i tak było warto! :)

Prześlij komentarz