Trzy wieże: dlaczego Tallin, Ryga i Wilno są znacznie lepsze niż Mordor

środa, 27 września 2017
data:post.title

W trakcie wyprawy do krajów nadbałtyckich zwiedziliśmy wieże telewizyjne, zbudowane w latach 80-tych w Tallinie, Rydze i Wilnie podług ambitnych projektów najlepszych radzieckich inżynierów, z wykorzystaniem najnowocześniejszych technologii lania cementu.


Jeśli ktoś widzi w powyższym zdaniu jedynie złośliwą ironię, to zapewne postrzega Związek Radziecki jednowymiarowo, a do tego nie zna się ani na cemencie, ani na inżynierii.
Komu wydaje się, że cywilizacja powstawała tylko na zachodzie, a blok wschodni to jedynie rozlewnie spirytusu i paranoiczny kult komitetów centralnych, ten zamyka się w ciasnej izolacji własnych, ograniczonych poglądów. Niezależnie jak miłe może być doświadczenie z przebywania w jedynie słusznej i homogenicznej kulturze, nie należy ulegać tego rodzaju przyjemnym mrzonkom. Rzeczywistość nie jest bowiem tak przyjemnie czarno biała, a dzieła radzieckich konstruktorów mogą imponować, nawet jeśli zostały wzniesione jako symbole dominacji i tuby propagandy. Dlatego właśnie zapraszamy na nasz przewodnik o trzech wieżach.

Wierzymy, że poniższy opis pozwoli nam nie tylko pobić przeciętny wynik Tolkiena (dwie wieże to nie jest wyczyn wielkiej wagi, szczególnie w konkurencji z krajami nadbałtyckimi) ale i spojrzeć z nowej perspektywy na imperium Saurona, a nade wszystko utrwalić zasady pisowni ż i rz. Nie wierzycie? Po trzech wieżach uwierzycie.

Wieża w Tallinie (Tallinna teletorn)
Wieżę w Tallinie zbudowano by transmitować regaty odbywające się na Zatoce Fińskiej w trakcie olimpiady moskiewskiej. Celem dodatkowym było oczywiście pokazanie światu niedoścignionej sowieckiej sztuki lania cementu. Murowany sukces w tej dziedzinie jeszcze dobitniej pokazywać miała powstała w tym samym okresie Linnahal - położona na brzegu morza hala widowiskowa, którą o dziwo, zaprojektowano tak by nie dominowała pobliskiej starówki. Można? Można. O ile jednak obecnie wieża telewizyjna uchodzić może za jeden z symboli miasta, to z założenia niepozorna hala straszy i to wcale nie w przenośni. Sukces wieży to spora zasługa estońskiego marketingu, który potrafi umiejętnie promować wieżę, przedstawiając ją jako dzieło kosmitów, z kompletnym logotypem i stosownymi gadżetami. Tu na północy, okrągłe spodki cieszą się lepszym wzięciem od okrągłych stołów. Podejrzewamy, że estoński parlament nie będzie w przyszłości tracić czasu na ustawę dezalienacyjną, ale gwarancji nie ma.
Tallińska wieża urzekła nas od pierwszego spojrzenia, przyciągnęła jak magnes i zapoczątkowała naszą wędrówkę po wysokich nadbałtyckich budowlach. Położona około 10 kilometrów za miastem, zmusza do wyjścia ze strefy komfortu, jaką w tym przypadku jest piękna stolica Estonii. Pozwala też spojrzeć na tę strefę z góry, a tego żaden kołcz nie gwarantuje (jakby co zaklepujemy tę technikę i terminologię, z jej pomocą obiecujemy rozwiązać wiele problemów, jakie zbyt ciężkie portfele powodują u ludzi). Idealnie jeśli mamy rower, możemy wybrać się na kilkugodzinną wycieczkę (bez obaw, nie zabłądzicie, wystająca z lasu wieża wskaże wam drogę). Na miejscu będziemy mogli wyjść na taras, całkowicie bezpiecznie - w uwięzi uprzęży. Widocznie potencjalni samobójcy są obsłudze nie na rękę. Podobnie jak ludzie, którzy nie mają do wydania 10 euro na kontrolowany spacer na skraju tarasu widokowego, bo tyle taka przyjemność kosztuje.
Tak prezentuje się Tallin Teletorn. Pewnie już widzieliście podobne wieże, ale wierzcie nam - to nie jest wieża do podziwiania z zewnątrz. W środku znajduje się muzeum czasów komunizmu, jakby ktoś przypadkiem zapomniał, albo nieprzypadkowo potrzebował zobaczyć na własne oczy, jak wyglądały czasy w których nie było go jeszcze na świecie (co warto zrobić w geście umysłowej samoobrony, zanim cyniczni politycy wmówią mu własną wersję wydarzeń). Kosmiczne motywy architektoniczne ciągną się od sklepu z pamiątkami przy wejściu, aż po ubikacje na szczycie, o dziwo lekko i bez kiczu. Okrągłe okna w podłodze to nie lada gratka dla wszystkich, którzy chcą się przekonać, jak to jest spojrzeć 170 metrów w dół, stojąc na szklanym suficie. Dla tych co wolą nie patrzeć, sterowany stopą włącznik pozwala litościwie zasłonić okno. Ten sam włącznik pozwala także na przeurocze żarciki, a fakt, że na wieży nie słychać krzyków dowodzi tylko legendarnej powagi Estończyków.

Wieża w Rydze (Rīgas radio un televīzijas tornis)
Trójnoga wieża w Rydze jest najwyższą wieżą w Unii Europejskiej, jest też dobrym przykładem na ostrożność w interpretacji prawd statystycznych jako prawd objawionych. W odpowiednio dobranym zbiorze, każdy może okazać się "naj". W najmniejszym stopniu nie deprecjonuje to jednak obserwacji, że wśród wież jakie odwiedziliśmy w trakcie naszej nadbałtyckiej podróży, wieża ryska jest architektonicznie najbardziej imponująca. Popatrzcie sami:

Miód malina. Wyrastająca na wyspie na Dźwinie wieża telewizyjna jest najwyższym obiektem w stolicy. Gdyby tylko potrafiła przyciągnąć inwestorów i turystów równie łatwo jak spojrzenia, byłoby to prawdziwe cudo. Niestety Łotysze, ze względów bliżej nieznanych, nie wykorzystują potencjału wieży. Być może zawierzyli samej urodzie architektonicznej i nietypowości konstrukcji, zaniedbując inwestycję w obsługę klienta, mycie okien, czy jakikolwiek rozwój obiektu. Możliwe jednak, że wykorzystanie budynku jest nieco bardziej przewrotne i ideę muzeum komunizmu realizuje się tu na ambitniejszym (meta)poziomie. W Rydze bowiem wszystko, od liczebności i stroju obsługi (jedna jedyna pani w chałacie wwozi windą na platformę widokową i czeka cierpliwie na zakończenie zwiedzania), niemyte od lat okna i absolutny brak modernizacji (uderzający w zestawieniu z nowoczesną wieżą w Tallinie) sprawia, że nie czujemy się tu jak w muzeum, ale jak w minionej epoce. I tylko widok z okna powstrzymuje przed wnioskiem, że wbudowana w jedną z podpór wieży winda (ponoć jedna z kilku w świecie wind które poruszają się po łuku) jest tak naprawdę wehikułem czasu.
Szkoda braku inicjatywy w zagospodarowaniu tak niezwykłego obiektu. Mamy nadzieję, że Łotysze planują jakieś inwestycje, bo konstrukcja wieży jest bardzo solidna, zaprojektowana by przetrwać aż 250 lat i wytrzymać trzęsienia ziemi do 7,5 stopnia (co w rejonie nieaktywnym sejsmicznie może być uznane za przesadną ostrożność). Z jednej strony Łotysze mają zatem nadal sporo czasu, z drugiej, jeśli nie doznają żadnego naprawdę silnego wstrząsu, mogą nadal beztrosko marnować najwyższy potencjał w Unii Europejskiej.

Wieża w Wilnie (Vilniaus televizijos bokšta)
Wieża wileńska, jest najbardziej medialną ze wszystkich wież jakie zwiedzaliśmy w krajach nadbałtyckich. W styczniu 1991 to właśnie tutaj zginęło 14 cywilów, broniących swej raczkującej demokracji przed interwencją wojsk rosyjskich. Co prawda w Tallinie również broniono wieży transmisyjnej (na szczęście skuteczniej i bezkrwawo, wykorzystując pudełko zapałek, które nie pozwoliło zamknąć drzwi do windy), ale było to ponad pół roku później, i być może brak determinacji ze strony atakujących Rosjan mógł wynikać właśnie ze świadomości, że podobna operacja w Wilnie nie przyniosła żadnych korzyści. Idąc jeszcze dalej, można dojść do wniosku, że rosyjskie dowództwo też się czegoś nauczyło i zrezygnowało z zakładania mundurów na występach gościnnych.

Wracając jednak do "tu i teraz" u stóp wieży nadal można zobaczyć krzyże i tablice upamiętniające ofiary szturmu. Jednocześnie jednak wieża nie jest jedynie laurką patriotyczną. Jako najwyższy obiekt uczestniczy w życiu miasta: w okresie świątecznym jest dekorowana girlandami świateł i staje się widoczną z daleka choinką, w trakcie koszykarskich mistrzostw świata iluminacje przekształciły ją w gigantyczny kosz. Litwini pamiętają, ale nie żyją samą tylko pamięcią. Na obrotowym szczycie wieży można zjeść obiad w restauracji Droga Mleczna. Menu nie jest jednak rodem z barów mlecznych, podobnie zresztą jak ceny. By nacieszyć się pełną panoramą miasta należy na posiłek przeznaczyć 45 minut. Zdecydowanie warto wybrać słoneczny dzień (wyjaśnienie na zdjęciu poniżej), dobrze jest również mieć nerwy ze stali, bo obracająca się kopuła skrzypi z uporem który ludzi nie nawykłych do jadania w trzeszczących miejscach (żaglowce, nawiedzone zamki) może przyprawić o niestrawność.

Wierzymy, że wizyta w pokomunistycznych wieżach była dla Was przyjemną lekturą a także zachętą do odwiedzenia tych, albo podobnych budowli. Mam jednak również szczerą nadzieję, że ten opis przybliżył nieco sprawę o większej wadze (możliwe, że nawet ważniejszą niż pisownia ż i rz) - kwestię traktowania dziedzictwa minionych epok. Dziedzictwa o które nie zawsze się prosiło i z którym często nie bardzo wiadomo, co zrobić.

W świecie Tolkiena, do którego odwołaliśmy się na początku tej historii, sytuacja była prosta. Wieża Barad-dûr zapadła się wraz ze zniszczeniem jedynego pierścienia, Orthanc był dziełem ludzi, przejściowo opanowanym przez siły zła, po odbiciu przywrócono mu poprzednie funkcje. Świat fantastyczny, nawet jeśli wzorowany na rzeczywistym jest absolutnie fikcyjny. Orki i elfy nienawidzą się organicznie i niszczą swoje twory bez mrugnięcia okiem. Przykłady Litwy i Estonii (a jesteśmy przekonani, że z czasem również Łotwy) wskazują, że w świecie rzeczywistym można tego rodzaju dziedzictwo skutecznie zagospodarować i to z kreatywnością, jaka nigdy nie przyszła by do głowy mieszkańcom Śródziemia.

Prześlij komentarz