Przystanie i mariny w Dalmacji (Informacje praktyczne, ceny, porady i propozycje)

poniedziałek, 25 września 2017
data:post.title
Podczas naszego rejsu po wyspach Dalmacji odwiedziliśmy kilka marin, przystań i miasteczek, które warto odwiedzić, szczególnie drogą morską. Zapraszamy na nasz prywatny przewodnik po dalmackich przystaniach.


1. Marina Dalmacia, Sukošan
To największa, reprezentacyjna marina Dalmacji. Tam zaczyna się i kończy większość rejsów w tym regionie, a jej ogrom pozwala inaczej spojrzeć na żeglarski biznes. Choć same miasteczko Sukošan jest niewielkie, to marina robi naprawdę ogromne wrażenie. Są sklepy, restauracje, sanitariaty i plaże. Są tacy, którzy przyjeżdżają tutaj na wakacje, wynajmują łódź i tylko czasem wypływają na morze.
Marina Dalmacja to prawdziwy labirynt kej, pomostów i pokładowego życia towarzyskiego. My na przykład spotkaliśmy Czechów, którzy wynajęli łódkę obok. Okazało się, że wymiana międzynarodowych morskich doświadczeń i trunków to w tym miejscu prawdziwa przyjemność.
Jest coś w tej marinie, co sprawia, że chce się pozostać dłużej (ale nie z nami te numery, my tu przyjechaliśmy żeglować). Może to piękne zachody słońca, żeglarska atmosfera, albo plaże, które pozwalają na wypoczynek od morskich wypraw? Jeśli ktoś przypadkiem lubi dalekie spacery, w tej marinie może się spełnić - z punktu do punktu trzeba przejść czasem z kilka kilometrów, obserwując przy okazji wyjątkowo okazałe jachty i katamarany.
Jest też plaża (jak to w Chorwacji, kamienista), a takie miejsca dla VIP-ów (niepilnowane nocą, jeśli chcemy być prawdziwymi Januszami turystyki, droga otwarta), znajdują się niemal na każdym kroku.
To właśnie z Mariny Dalmacia rozpoczęliśmy naszą podróż. Nie poznaliśmy ceny wynajmu mariny - wyczarterowaliśmy tutaj jacht, dlatego miejsce w przystani należało się nam jak rybie akwarium. Podobno jednak, jeśli przypływamy z zewnątrz, to właśnie ta marina nie należy do najtańszych. Ale cóż, za luksus ogólnodostępnych pryszniców i toalet czasem trzeba słono zapłacić. 

2. Molat, wyspa Molat
Molat jest głównym miasteczkiem niewielkiej wyspy o tej samej nazwie. Mieszka w nim około 200 osób, wszyscy rano pojawiają się na porannej kawie w kawiarni niedaleko przystani. Na wyspę, leżącą na północny-zachód od Zadaru warto przypłynąć, żeby zapomnieć o zgiełku dużych marin, pospacerować w pięknych okolicznościach przyrody i kupić lokalny kozi ser - próbowaliśmy, polecamy z czystym żołądkiem.
Urocze miasteczko Molat wita nas kilkoma kejami, na szczęście nie natrafiliśmy tutaj na tłum - łatwo było przycumować, pod warunkiem, że dysponujemy 300 kunami - tyle kosztuje tutaj noc. W cenie toaleta i prysznic, schowane za barem dla lokalsów.
To własnie Molat. Można tu spędzić uroczo leniwe chwile, zjeść smaczny posiłek (budka z pizzą bezpośrednio przy przystani) i w trakcie kilkugodzinnego spaceru obejść całą wyspę dookoła.

3. Pak Narodowy Telašćica
Tutaj kończy się cywilizacja, piękne miasteczka i łatwo dostępne punkty z pizzą.  Wpływamy do parku narodowego Telašćica na wyspie Dugi Otok.
Ubogą  infrastrukturę przystań rekompensuje nam niesamowitymi widokami a przede wszystkim bliskością (kilkaset metrów spaceru) niezwykłego, słonego jeziora pośrodku wyspy. Jezioro nazywa się Mir i można spokojnie wokół niego spacerować. Jezioro stanowi rezerwat i nie wolno w nim pływać, poza ekologią i zdrowym rozsądkiem zapędy w tej materii studzi również temperatura wody. W okresie letnim w tym zamkniętym jeziorze wynosi ona ponad 30 stopni Celsjusza. Po drugiej stronie jeziora, od strony morza znajdują się wysokie klify, z których podobno można obserwować delfiny. Być może, my nie widzieliśmy.
Jak już wspominaliśmy, w parku narodowym Telašćica raczej nie znajdziemy zbyt dużej infrastruktury. Jest knajpa (uwaga: właściciel świetnie mówi po czesku, w dodatku z jakiegoś powodu nie rozróżnia go od Polskiego, więc dogadacie się bez problemu) i sanitariaty. Nie ma sklepu, przynajmniej stacjonarnego. Rano można zrobić jednak zakupy w tym niezwykłym "supermarkecie".
Przystań w tym uroczym zakątku wyspy Dugi Otok była najtańszą, jaką napotkaliśmy na naszej drodze. Zapłaciliśmy tylko 100 kun, pod warunkiem, że wypłyniemy przed 11 rano. (O 11 miała przyjechać nowa zmiana, co pozwalało nam przypuszczać, że uroczy inkasent zatai nasz pobyt, ale co tam, niech ma.) To niewiele, szczególnie że w okolicy czekają na nas takie widoki:

4. Kornaty
Jeśli jesteście fanami odizolowanych od cywilizacji miejsc, to także na Kornatach będziecie w siódmym niebie. Od poprzedniej przystani Kornaty odróżnia zupełny brak zasięgu telefonicznego. To ostatnie wyspy od strony Chorwacji, później jest już tylko morze (podobno gdzieś za nim, jest jakiś ląd).
Także tutaj w czerwcu nie spotkaliśmy jakiś wyjątkowych tłumów, podejrzewamy że winne jest powszechne uzależnienie od telefonów komórkowych. Kornaty, jeśli kogoś zachwycą (w naszej załodze zdania były podzielone, choć ja autorytarnie stwierdzę, że zachwycają), to właśnie dzikością krajobrazu, spokojem i większą ilością owiec niż ludzi.
Jeśli ktoś miałby się na Kornatach nudzić, można spokojnie przypomnieć mu, że takie prozaiczne czynności, jak siedzenie bez ruchu i oglądanie zachodu słońca też potrafią być przyjemne.
Przystań na Kornatach była zresztą najdroższa z tych, które odwiedziliśmy podczas naszego rejsu. Kosztowała 400 kun, to prawie tyle ile mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu (wiemy, sprawdziliśmy). Sanitariaty są w cenie, restauracja z widokiem na morze jest świetna, a ceny wcale nie są takie straszne, choć faktycznie jest nieco drożej, niż w przystaniach znajdujących się nieco bliżej cywilizacji.

5. Skradin
To miasto, położone na samym końcu zatoki Szybenickiej zachwyca nie tylko widokami i smakami lokalnych nalewek. Blisko znajdują się popularne wodospady Krka. Żeby do niego dopłynąć, trzeba minąć Szybenik (ostrożnie, to właśnie tam zapłaciliśmy kiedyś mandat w wysokości 550 kun, ciągle pozostajemy z tym miastem w zimnych relacjach).
Warto przepłynąć nieco wgłąb lądu, bo samo miasto zachwyca. A przy okazji niedaleko znajdują się wspomniane wodospady, które prezentują się tak:
Żeby do nich dotrzeć trzeba wsiąść na prom, albo wypożyczyć rower. Obie opcje wydają się fajne, my skorzystaliśmy z promu, który do tanich nie należał- za prom i zwiedzanie wodospadów zapłacić trzeba 100 kun.

Skradin nocą jest bardzo fajny. Gwarne, może nawet nieco imprezowe miasteczko zachwyca starówką i lokalnymi nalewkami. Może dlatego jest tutaj sporo jachtów, my na miejsce załapaliśmy się rzutem na taśmę.  Koszt mariny: 300 kun. W cenie prysznice, choć dość daleko od przystani, ukryte gdzieś w bocznej uliczce za informacją turystyczną.

Zaraz przy przystani znajduje się wyróżniający sklep z nalewkami. Prowadzi go starsza pani, ot mały rodzinny biznes. Nalewki robi matrona rodu (to ta ubrana na czarno), która najwidoczniej zna się na rzeczy, bo nalewki należą do wybitnych. Pani robi też oliwę z oliwek, niektórzy twierdzą, że na poziomie zbliżonym do nalewek. To miejsce serdecznie polecamy, nawet o 3 w nocy, bo obsługa jest tutaj wyjątkowo cierpliwa w przyjmowaniu spragnionych marynarzy.

6. Tribunj
Miasteczko na północ od Szybenika, ze zwartą starówką leżącą na odosobnionym od reszty miasta półwyspie. To tam można przycumować łódź. Keja znajduje się zaraz przy ogródkach przybrzeżnych restauracji, dlatego dwa kroki po zejściu z jachtu znajdujemy się w restauracji.
Ten pan w czarnej koszulce na drugim planie to właściciel przystani. Podobno łatwo go znaleźć - powiedział nam, że przez całe lato chodzi w tej samej koszulce, przez co wszyscy go poznają. Skasował nas klasycznie - 300 kun, ale tym razem nie mogliśmy liczyć na żadne udogodnienia typu prysznic. Jest za to sporo knajp, bliżej niż rzut kamieniem, w których możemy spokojnie skorzystać z toalety, jeśli tylko zdecydujemy się kupić w nich kawę.

Tribunj jest ładnym miastem, choć trochę - jak na Chorwację - niewyraźnym. To jednak całkiem przyzwoity punkt noclegowy w drodze z Szybenika do Sukosan. No i woda, mimo tego że przecież keja jest przy samej starówce, jest tutaj wyjątkowo czysta, co udowadniają ryby widoczne z pokładu łodzi. Tribunj był ostatnim punktem na naszej chorwackiej liście przystani, które dane było nam odwiedzić. Oczywiście mamy nadzieję, że nie ostatnim w życiu - żeglowanie po Adriatyku należy do tych przyjemniejszych aktywności, do których mamy zamiar często wracać.

PS. Zdjęcia (oprócz tych nienajlepszych z Mariny Dalmacia) to dzieło niezawodnego Jakuba Kasperkiewicza, naszego pokładowego fotografa.

Prześlij komentarz