Road trip #3: Kraje nadbałtyckie - Dzień 9 (namiastka Wilna i czas podsumowań)

poniedziałek, 8 maja 2017
data:post.title
Wilno to miasto, gdzie dopuściliśmy się grzechu - grzechu zaniedbania. To miasto, na które nie wystarczy zaplanować sobie jedynie kilku godzin, a my niestety więcej czasu nie mieliśmy. W akcie rozpaczy zdecydowaliśmy się na krótki spacer, jedzenie i zobaczenie panoramy miasta z wieży telewizyjnej.


Serce Piłsudskiego, pomniki Mickiewicza, Matka Boska Ostrobramska - tego nie zobaczyliśmy w Wilnie (i prawdę mówiąc nie było to nawet w naszych planach). Zobaczyliśmy natomiast stare miasto pełne pędzących po starówce samochodów, wąskie uliczki na których mijały nas kobiety i mężczyzni ubrani ze wschodnim przepychem i elegancją, kilka knajpek i oczywiście wieżę telewizyjną (o innych wieżach telewizyjnych krajów nadbałtyckich możecie przeczytać w poprzednich wpisach).


To krótkie spotkanie z miastem sprawiło, że w naszych sercach pozostał niedosyt. Może to i dobrze, będzie okazja by kiedyś wrócić by lepiej poznać samo Wilno, ale i trochę więcej Litwy.


Ze szczytu obracjącej się (!) wieży widać w oddali stare miasto (urocze, trzeba to przyznać), ogromne blokowiska i wijącą się powoli rzekę Wilię (najdłuższy dopływ Niemna). Podczas zachmurzenia, wygląda to co najmniej tak.


 Atmosfera niedopowiedzenia zilustrowana na zdjęciu znakomicie oddaje naszą potrzebę przebicia się przez mgliste zasłony i spojrzenia na miasto w lepszej rozdzielczości.
Wilno! Zaklinamy się, jeszcze Cię odwiedzimy! Czekaj cierpliwie, nigdzie nie idź, jeszcze będzie okazja się spotkać.
Tymczasem podczas powrotu (kilkanaście godzin z Litwy na południe Polski), mieliśmy okazję na podsumowanie i rozdanie wirtualnych statuetek Weź Jedź. Oczekujcie kolejnych wpisów, w których już krytycznie i na spokojnie opowiemy Wam o krajach nadbałtyckich.

A teraz nagrody:

Dla najlepszego miasta: Tallin. Za piękną starówkę, niesamowity zamek, harmonijnie rozwijające się nowe miasto, ciekawe knajpy, czystość i uporządkowanie. (Drugie miejsce: Ryga - za monumentalność i ten błysk w oku).

Dla najlepszej natury: Mierzeja Kurońska. Za najlepszą jazdę na rowerze, przepiękną plażę, mrożącą krew w żyłach kapiel, skansen wsi rybackiej, uroczą przeprawę promem i ujmującą przyrodę.


Dla najlepszej wyspy: Hiuma. Za absolutną ciszę, ciągnące się kilometrami odludzia, gdzie natura ma się znacznie lepiej od cywilizacji i miejsca, które zapierają dech w piersiach.


Dla miejsca, w którym chcielibyśmy zamieszkać: wyspy Saaremaa i Hiuma. Tutaj zdania były podzielone, ale co z tego skoro moglibyśmy się często odwiedzać - wyspy leżą obok siebie.


Nagroda główna za całokształt: Mierzeja Kurońska. Za tę chwilę, którą będzie się pamiętać prawdopodobnie do końca życia - przejażdżka rowerowa po wyjątkowo długiej i czystej plaży. Za to, że poczuliśmy się jak nigdzie indziej się nie czuliśmy.


Jak widać, to Estonia zdominowała  nasze zestawienie (jedynie litewska Mierzeja Kurońska potrafiła dać jej odpór). Nie znaczy to wcale, że na Litwę i Łotwę jechać nie warto. A na pewno warto na nie przeznaczyć więcej czasu, niż my mieliśmy.

Dziękujemy tym, którzy śledzili nasze poczynania w krajach nadbałtyckich. Już wkrótce kolejne wpisy :) Sveiki! (To "cześć" po łotewsku, a także ku naszemu zdziwieniu po litewsku, jeśli jakaś życzliwa dusza zechce wyjaśnić tę zagadkę bedziemy nad wyraz wdzięczni).

Prześlij komentarz