Road trip #3: Kraje nadbałtyckie - Dzień 8 (Kłajpeda, mierzeja i idealna przejażdżka)

sobota, 6 maja 2017
data:post.title

Kiedy jedziesz rowerem brzegami Bałtyku po pięknej, piaszczystej plaży, słońce do spółki z wiatrem smagają twoją twarz, a ty czujesz błogie szczęście maksyma "Weź Jedź" nabiera zupełnie nowego światła. Tak było dzisiaj, true story.


Dzień przywitaliśmy w Kłajpedzie, dużym, prawie 200-tysięcznym porcie, położonym na końcu Mierzei Kurońskiej. To właśnie mierzeja była naszym dzisiejszym celem, postanowiliśmy przejechać się nią na rowerach. Wcześniej jednak zobaczyliśmy samą Kłajpedę.


Miasto wyraźnie podnosi się po ciężkich czasach. Zupełnie zniszczone podczas II Wojny Światowej,odbudowane przez sowietów (to przecież nie mogło się dobrze skończyć) powoli porządkuje starówkę, a ciasne uliczki starego, bałtyckiego portu zaczynają nabierać uroku. Może główny rynek miasta nie jest w najlepszym guście....


Ale już okolice przystani promowej bywają zjawiskowe. Nie jest to Ryga (o której możecie przeczytać tu) bo cała stara zabudowa, która dziś świadczy o wielkości Rygi, w Kłajpedzie została zbombardowana. Ale miasto ma swój urok, a przede wszystkim szansę na nowoczesną architekturę. Nie wykluczamy sytuacji, że za kilka, może kilkanaście lat to właśnie Kłajpeda będzie świeciła najmocniej w tej części Bałtyku.



Postanowiliśmy przeprawić się promem na Mierzeję Kurońską. Cena: 0,8 euro w dwie strony, czyli taniej niż za kwas chlebowy w jednej z litewskich knajp. Jak zresztą widać, nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł.



Mierzeja Kurońska zasługuje na swój osobny rozdział na tym blogu, który na pewno napiszemy. To idealne miejsce na rower, najlepiej całodzienny – trasa w jedną stronę ma 50 km i kończy się na granicy z Rosją. My mieliśmy kilka godzin, które poświęciliśmy najpierw na jeżdżenie ścieżkami rowerowymi (bardzo miłe doświadczenie), po których można było dotrzeć na sam koniec mierzei.


Później jednak postanowiliśmy zboczyć ze ścieżki i wjechać na jedną z najpiękniejszych plaż, jakie widzieliśmy. Długa na kilkadziesiąt kilometrów, piaszczysta plaża sprawiła, że poczuliśmy się jak bohaterzy Point Break i Słonecznego Patrolu w jednym. Jechaliśmy, ciepły bałtycki wiatr sprawiał, że nie czuliśmy prażącego mocno (jak na maj) słońca, a morskie fale obmywały koła rowerów z bursztynowego pyłu. "To była najlepsza jazda na rowerze w moim życiu", powiedział jeden z nas. (Imię i nazwisko do wiadomości redakcji).


Chwila poniosła nas aż tak bardzo, że postanowiliśmy popływać w morzu. I tutaj przyznajmy. Nie czas na to – wody ciągle biją zmierzłością, a sił starczyło nam na zaledwie kilka minut pływania. Mierzeja Kurońska to naprawdę wiele atrakcji. Na przykład ta koza. 


Ale jest też delfinarium, długie ścieżki rowerowe, wspomniana już cudowna plaża, czy skansen wsi rybackiej. To jedno z tych wspomnień, które na pewno zostanie na długo. Aha, wieczorem odwiedziliśmy Wilno, ale to zostawimy na ostatni już odcinek naszej relacji z krajów nadbałtyckich.  

Prześlij komentarz