Road trip #3: Kraje nadbałtyckie - Dzień 3 (Jezioro Pejpus, nudna droga i zachwycający Tallin)

wtorek, 2 maja 2017
data:post.title
Jezioro Pejpus zachwyca spokojem, Tallin wszystkim czym tylko może, ale droga pomiędzy nimi jest nudna jak flaki z olejem. Tylko czasem gdzieś zza niskich drzew wyłoni się Bałtyk i nieco urozmaici krajobraz. Ale od początku...


Po pełnym wrażeń dniu w Tartu wyjechaliśmy z miasta, żeby jak najszybciej dotrzeć do Tallina. Wystarczyło jednak tylko zerknąć na mapę, żeby zorientować się, że szybki przejazd do Tallina bez zobaczenia Jeziora Pejpus będzie zwyczajnym odbieraniem sobie przyjemności z życia. Bo Pejpus wygląda tak:

Po drodze wystarczyło tylko zahaczyć o małe rybackie osady przy czwartym największym jeziorze w Europie, żeby zorientować się, że czas jednak może płynąć inaczej. Znaleźliśmy się na odludziu, gdzie wędkarzy było znacznie więcej od mieszkańców. Odważniejszym blogerom (czytaj: tym, którzy jedzą ryby) udało się spróbować lokalnych przysmaków, które porywają świeżością i smakiem. 


Jezioro jest naturalną granicą między Estonią a Rosją, a w zimie pojawia się na nim ponad metrowa pokrywa lodowa. To właśnie tutaj, na jeziorze skutym lodem, w 1242 roku wojska księcia nowogrodzkiego Aleksandra Newskiego zadały klęskę połączonym siłom zakonu krzyżackiego i Kawalerom Mieczowym. Dzisiaj jezioro jest świetnym naturalnym lodowiskiem. Natknęliśmy się też na ostrzeżenie: zimą trzeba uważać, by w łyżwiarskim szale nie przekroczyć przypadkiem granicy z Rosją. Linia graniczna znajduje się 35 km od lądu, jest to zatem ostrzeżenie dla długodystansowców.


Później czekała nas dość długa, kilkugodzinna podróż do Tallina o której nie napiszemy niczego, bo nic się nie działo. No, prawie nic. Nie ma gór, pagórków jak na lekarstwo, a miasta pojawiają się tylko odrobinę częściej, niż spotykane na drodze łosie. Pewnej rozrywki dostarcza obserwacja ciągłych zmagań pomiędzy rolnikami a krajobrazem polodowcowym. Pola uprawne dzieli się w Estonii na te, które udało się uprzątnąć z głazów narzutowych i na te, których właściciele po nocach szmuglują dynamit przez zieloną granicę, by móc wreszcie pozbyć się 600 tonowej klątwy jaka leży na ich gruncie. Jednak obserwacja, która cieszy za pierwszym razem, przy sto pierwszym razie usypia nad wyraz skutecznie. 

Pod wieczór dojechaliśmy do Tallina. Mimo, że do stolicy Estonii dojechaliśmy około 19, okazało się że mamy do dyspozycji jeszcze kilka godzin zwiedzania (ach ta północ!). A jest co oglądać. Starówka, oparta jest na hanzeatyckim założeniu miasta portowego, a wisienką na torcie jest warownia, po której przechadzaliśmy się niczym po wąskich uliczkach rumuńskiej Sighisoary


Tallin nas zachwycił. Wąskie uliczki z jednej strony miasta, mury obronne, dachy z czerwonej dachówki, urocze zakątki. Wszystko w Tallinie sprawia, że można się tu czuć świetnie. Na tyle, że poświęcimy jeszcze jeden dzień na rowerowe zwiedzanie stolicy Estonii. 

Prześlij komentarz