Road trip #3: Kraje nadbałtyckie - Dzień 2 (Juwenalia w Tartu, czyli szaleństwo po estońsku)

poniedziałek, 1 maja 2017
data:post.title
Drugi dzień podczas naszej nadbałtyckiej przygody to przede wszystkim Noc Walpurgii w Tartu, drugim co do wielkości mieście Estonii. "It would be crazy" - zapewniał nasz estoński informator.



Jednym z najważniejszych wydarzeń podczas tutejszych juwenaliów jest Karsumm, czyli konkurs latania na byle czym. Studenckie ekipy rywalizują w wymyślnych choreografiach, strojach i konstrukcjach, żeby zdobyć uznanie sędziów. Jeśli nie jesteście studentami, tylko na przykład gośćmi z Polski, którzy chcą wziąć udział w konkursie, nic w tym trudnego. Nam się udało, nie tylko zgłosić się do konkursu, ale też zdobyć zaszczytne trzecie miejsce. 

 Skocznia nad rzeką w Tartu, czyli mierzenie się z przeciwnikiem.

 Lotnia Batmana w konstrukcji. Poleciała, choć nie do końca daleko.
W tym składzie, razem z ukrytym za parasolem Pingwinem udało nam się zdobyć właśnie trzecie miejsce. 

Wbicie się klinem w czołowe estońskie drużyny latania na byle czym było dla nas oczywiście najważniejszym wydarzeniem tego dnia, choć później czekała nas jeszcze Noc Walpurgii. To kulminacyjny moment tutejszych juwenaliów, trwających od tygodniach. Wszyscy zapewniali nas, że jest to najbardziej szalony dzień i noc w Tartu w ciągu roku. Scenariusz podobny jak na innych juwenaliach - studenci przejmują władzę nad miastem, imprezy, koncerty. Tylko że... 

Zamiast tłumaczenia tradycyjnej pieśni "Juwenalia, juwenalia, kto nie pije ten kanalia" około tysiąca studentów, zebranych grzecznie pod uniwersytetem, w sposób niesamowicie uporządkowany odśpiewało pieśń: "Vivat profesores, vivat akademia", po czym ...  rozeszło się na uroczyste kolacje do siedzib swoich bractw studenckich. 

No własnie, bractwa studenckie to tutaj prawdziwa siła. Darzone są tutaj autentycznym szacunkiem, mają siedziby w okazałych gmachach i każde organizuje w Noc Walpurgii własną imprezę. Tam też jest "crazy", jak się dowiedzieliśmy. Ale nie było nam dane sprawdzić, bo - uwaga - nie mieliśmy strojów wieczorowych. Tak garnitury, mokasyny, krawaty - to strój egzekwowany i bez niego nie odwiedzimy żadnej owianą legendą szaleństwa imprez. 


Udało nam się wejść tylko na koncert dla wszystkich, nad rzekę, połączony z pokazem sztucznych ogni, a później na koncert punkowej kapeli Winnie the Pooh, bo - i tutaj też cytat - "w tym bractwie gdzie jest koncert, nie ma reguł". Udało nam się wejść na imprezę o godzinie 22:30, kiedy opuszczaliśmy ją o 1 w nocy, wszyscy ciągle siedzieli grzecznie w ogrodzie, popijając spokojnie lekko wyskokowe trunki. Koncert miał rozpocząć się o 3 w nocy, do tej pory można było wykorzystać okazję do rozmowy, na przykład o różnicach pomiędzy językiem estońskim i łotewskim. Ot, szaleństwo po estońsku.

Wcale nie twierdzimy, że nie warto odwiedzić Tartu w Noc Walpurgii. Twierdzimy natomiast, przez porównawczą obserwację polskich i estońskich juwenaliów, że jeśli Tartu tej nocy faktycznie opanowało szaleństwo, to jest to szaleństwo innymi nićmi szyte. Spokojniejsze, bardziej uporządkowane.


A samo Tartu? Bardzo pozytywnie. Niecałe 100 tysięcy mieszkańców, o czym przypomina pewien pomnik. Został on wybudowany, kiedy miasto przekroczyło liczbę 100 tysięcy mieszkańców. Kiedy liczba spadła do 97  tysięcy, nikt już nie myślał o zburzeniu pomnika. Stoi sobie i czeka na lepsze czasy. 

Trochę pubów, miły ryneczek, park w którym legalnie można pić alkohol (uwaga, rzecz w Polsce od dawna niespotykana - tutaj ciągle są subkultury!).Miłe, miasto studenckie, które obeszliśmy w pół godziny a później krążyliśmy po jego centrum, da się poznać w jeden dzień. Jeśli jednak chcecie znaleźć kilka dobrych pubów, ciekawych restauracji, czy dodatkowych atrakcji turystycznych, warto zostać na nieco dłużej. 

Prześlij komentarz