Przejście graniczne przez sklep z pamiątkami, czyli: Welcome to Jordan my friend

poniedziałek, 27 marca 2017
data:post.title
Kiedy byliśmy w Izraelu, nasze oczy wyjątkowo często kierowały się na góry, leżące za granicą z Jordanią, gdzieś tam na styku lądu i Morza Czerwonego. Migoczące światła jordańskiej Aqaby zdawały się mówić: daj nam szansę, tu jest lepiej, ładniej, taniej. Zaryzykowaliśmy, wróciliśmy na Bliski Wschód, ponownie do izraelskiego Eilatu, ale tym razem po to, żeby przekroczyć granicę z Jordanią. Wystarczy powiedzieć, że przekraczając granicę, weszliśmy do innego świata - nie tylko radykalnie odmiennego z perspektywy kosztów podróży, ale też mentalności i gościnności.

Do Jordanii postanowiliśmy dostać się przez przejście graniczne Eilat-Aqaba, o czym szerzej pisaliśmy tutaj. Zabawną (choć tylko w pewnym stopniu) wydała się sytuacja, w której po skrupulatnej, wyjątkowo długiej kontroli  izraelskich celników, okazało się, że ostatnią do pokonania przeszkodą w drodze do części jordańskiej był przymusowy (tak, nie było innej drogi) izraelski sklep bezcłowy. Nie daliśmy się nabrać na tę sztuczkę, nie kupiliśmy nic, nie z nami te numery. Zresztą przy przekraczaniu granicy na kontrasty natykaliśmy się z częstotliwością odwrotnie proporcjonalną do prędkości z jaką szekle znikały z naszych kieszeni. Jeszcze w Izraelu, musieliśmy zapłacić 100 szekli za możliwość opuszczenia kraju, jordański celnik w pierwszej kolejności poradził nam z kolei, żebyśmy zostali w Jordanii na co najmniej trzy dni, wtedy nie będziemy musieli płacić za wizę.

Izrael-Jordania: 0:1.




Drugi kontrast: kontrole graniczne. Jak już wspominaliśmy, kontrole izraelskie nie należą do najprzyjemniejszych. (Nie jest tak źle, po rozmowie z panią celnik na lotnisku Eilat-Ovda tylko jeden z nas miał myśli samobójcze). Kontrola jordańska wyglądała co najmniej tak: podchodzimy do bramki, nikt nie każe nam opróżnić kieszeni, zaczynamy pikać, a celnik patrzy na nas z uśmiechem i wymawia słowa, które usłyszymy jeszcze wielokrotnie: Welcome to Jordan my friend.

Izrael-Jordania: 0:2

Powitanie w Jordanii zakłóciła jedynie praca niesławnej "mafii taksówkarskiej", choć my wolimy mówić o przedsiębiorczych Jordańczykach. Otóż 200 metrowy odcinek drogi od granicy w stronę Aqaby to strefa ścisłej kontroli wojskowej, po której nie wolno chodzić piechotą. Fakt ten wykorzystują skrzętnie jordańscy taksówkarze, "proponując" przejazd, za niezbyt niskie stawki. Odmówić nie można, bo wojsko bywa bezlitosne.

Izrael-Jordania: 1:2

Zupełnie odmienne w obu krajach jest także wypożyczanie samochodów. W Izraelu wygląda to tak: rezerwujemy samochód przez internet, na miejscu okazuje się że kwota rezerwacji nie obejmuje ubezpieczenia, bez którego nie mamy co wyjeżdżać poza Eilat, bo według słów obsługi wypożyczalni, grozi nam niemal wszystko. W ten sposób tracimy dodatkowe 60 dolarów. Odbieramy z kolei samochód bez żadnej rysy, działający bezbłędnie jak izraelska armia podczas Wojny Sześciodniowej.


Jordania preferuje z kolei odmienny tryb wypożyczania samochodów. Zaczyna się tak samo, rezerwujemy wybrany samochód, ze względu na koszty - najmniejszy. Na miejscu najmilsza na świecie obsługa, oceniając nasze potrzeby przez pryzmat gabarytów mówi, że samochód jest za mały i dostajemy większy - bez żadnych dodatkowych kosztów. Nie ma też dodatkowego ubezpieczenia i dopiero kiedy  gdzieś na środku pustyni okazuje się, że drzwi się nie zamykają, nawiew nie działa i wszystko zaczyna parować, zdajemy sobie sprawę, że to rozwiązanie także ma swoje wady.

W tym wypadku wypada zarządzić remis - w Izraelu płacimy więcej, ale samochód nie sprawia problemów. W Jordanii jest taniej, ale o komforcie na drodze możemy zapomnieć.

Izrael-Jordania: 2:3

Na tym skończmy porównania gościnności i zabójczych cen. Wystarczy powiedzieć, że (nie)znacznie wygrywa Jordania, ale taki to już urok Izraela i chyba każdy, kto odwiedził ten niezwykły kraj wie, że bezinteresowna gościnność nie jest tam w modzie.

Jeśli chodzi o Jordanię: to kraj obfity w pozytywne zaskoczenia. Nie widać tu ekstremizmu, para królewska rządzi tutaj silną ręką króla Abdullaha i pięknym obliczem królowej Rani, a plaże Morza Czerwonego, kamienne budowle Petry i piaski pustyni Wadi Rum sprawiają, że warto być jak Indiana Jones i Lawrence z Arabii i zagościć w Jordanii na nieco dłużej.

Prześlij komentarz