Dolne Poważe: kiełbasa, uzdrowisko i niespodziewane jezioro

sobota, 23 kwietnia 2016
data:post.title
Po serii na pozór pouczających, zimowych wypraw do rejonów, które do wiosny starają się dotrwać zagrzebane w piernatach, bądź pod równie skuteczną pierzyną z piwnej piany, powinniśmy już wiedzieć, że na wszystko jest czas i miejsce. Od maja. Dlaczego więc postanowiliśmy odwiedzić Dolne Poważe w w lutymi do tego w niesprzyjających warunkach atmosferycznych ? Zachęcił nas do tego Festiwal Kiełbasy, co jest dość złożoną motywacją w sytuacji, w której połowa ekipy bloga jest zaprzysiężonym wegetarianinem. Zanim porwie nas ten oficjalny International Sausage Fest (swoją drogą wypożyczalnie filmów z niemieckimi dialogami miały chyba taki regał), najpierw odwiedźmy stolicę regionu - Trnavę. 

Niewielkie, choć ludne jak na słowackie realia miasteczko jest niby fajne, bo ryneczek, kilka knajpek, jakieś tam uliczki... Niby fajne, bo wcale nie udało nam się złapać klimatu, a spacer ulicami Trnavy należał raczej do tych bardziej mdłych emocjonalnie. Pewnych wrażeń dostarcza widoczna z prawej bryła domu kultury, ale po rozwikłaniu labiryntu rynien pozostaje już niewiele do doświadczenia.

Nie no, teoretycznie wszystko tu gra. Jest kilka zabytków, ładnie odnowionych kamienic, klasyczny pomnik Jana Nepomucena, knajpy stają na głowie, żeby ściągnąć do siebie potencjalnego gościa (oszklone płomienie zawsze na czasie). Nam się klimatu złapać nie udało. Weź jedź i udowodnij nam, że jest inaczej. A my z tego uroczo nudnego miasta ruszamy dalej, na wspomniany festiwal kiełbasy. 

Miasteczko Sládkovičovo niedaleko Trnavy. Rynny wypuszczone przed posesje wyraźnie wskazują, że madziarskie wpływy architektoniczne są tutaj silne. Najważniejsze jednak co można powiedzieć o tym miejscu to fakt, iż raz w roku organizowany jest tutaj Międzynarodowy Festiwal Kiełbasy. Chcielibyśmy powiedzieć, że twórcy tego szlachetnego jadła przyjeżdżają tutaj z całego świata, choć tak naprawdę międzynarodowość wynika tutaj raczej z udziału w wydarzeniu węgierskich i może czeskich kiełbasiarzy. Nieważne! Ważne są tłumy, które konsumują przeróżne kiełbasy i weseli gospodarze, którzy czyhają na potencjalną ofiarę, żeby tylko poczęstować ją kiełbasą, czasem troszkę na siłę. Andrzej był w siódmym niebie, Michał (to ten wege) raczej w trzecim kręgu piekła (to ten, w którym przebywają Ci, co nie chcieli przyjąć jadła w podróży, po więcej szczegółów odsyłamy do Dantego). Amatorów kiełbasy musimy jednak przestrzec. Popyt jest duży, Widać to już po odległości jaką trzeba przebyć od samochodu pozostawionego na jednym z licznych prowizorycznych parkingów powstałych na tę okazję wokół centrum miasteczka, ale pełnię grozy ukazują dopiero ogoniaste kolejki. Jeśli ktoś z Was ma na składzie zbędne kilka ton kiełbasy śmiało może podpiąć się pod festiwal. Stoisko z dobrym motywem, albo i bez, a wędliny rozejdą się jak trzej bracia w Cieszynie.
Przed nami najpiękniejsze ze wspomnień festiwalu. Nikt inny nie urzekł nas nigdy tak mocno swoim nowatorskim podejściem do architektury, nawet tej małej. Pamiętacie bajkę o domku z piernika? Tu nikt jej nie zna. Według lokalnych podań Honza i Marketa tak naprawdę dali się skusić na domek z kiełbasy. Swoją drogą warto by sprawdzić, czy w czeskiej wersji Shreka Ciastek nie jest tłumaczony jako Pasztet. Słowacki pragmatyzm zatryumfował raz jeszcze, gdy goście festiwalu zaczęli zjadać domek na naszych oczach. Życie to nie bajka, kiełbasę się je. Michał trafił do 4 kręgu piekła.
Pewnie zastanawiacie się, kiedy najbliższy festiwal kiełbasy. Niestety, dopiero za rok, ale śledźcie naszego bloga, poinformujemy was o tym, żądni wiedzy i kiełbasy, drodzy czytelnicy.
My niestety musimy jechać dalej, przecież niedaleko znajduje się całkowicie realny, zrobiony z kamieni zamek.

Zamek w Smolenicach, to jeden z najpiękniejszych zamków na Słowacji (a konkurencja jest silna), niestety nie pozbawiony wad. Powstał w XIV wieku, później kilkakrotnie przebudowywany, dzisiaj jest własnością Słowackiej Akademii Nauk. To niestety wada, bo zamek robi dzisiaj raczej za hotel i miejsce licznych sympozjów naukowych i konferencji. Efekt jest jeden: usłyszeliśmy, że nie możemy wejść do środka.

Nie na darmo spędziliśmy jednak godziny grając w Assasin's Creed i inne gry, które przygotowały nas do bezprawnego wtargnięcia na teren zabytkowej twierdzy. Sprawnie przeszliśmy ochronę metodą na "tylko nie patrz im w oczy" (okazuje się, że Słowacka Akademia Nauk wcale nie szkoli najlepszych strażników) i udało nam się spędzić chwilę na pięknym dziedzińcu zamku. Podpowiadamy - w lecie naukowcy nie pracują, a zamek jest otwarty dla zwiedzających. A my jedziemy już do ostatniego punktu wycieczki, a więc do uzdrowiska Pieszczany. Po drodze trochę błądząc i natykając się na piękne, niewielkie jezioro Bukova (ścieżka dźwiękowa wyłania się z szumu w 0:21, naga Venus wyłania się z piany w 1:07).


Jezioro piękne, niewielkie i nieodporne na warunki atmosferyczne. Zachodni wiatr spienione gonił fale. W czasie poważniejszej burzy musi być tutaj jeszcze piękniej. Ale jedźmy dalej, w kierunku Pieszczan, choć z pewnymi obawami.W drodze do słynnego uzdrowiska straszyły nas wspomnienia polskich ośrodków, które przyzwyczaiły nas do kuracyjnego, nieco powolnego klimatu, ze "złotozębnym Staszkiem, lwem salonowym i łowcą spadków", jako jedyną alternatywą do smętnego upijania się w cieniu klepsydry.
I tutaj zaskoczenie! Życie nocne (bo przyjechaliśmy już wieczorem), w Pieszczanach ma się całkiem dobrze, po ulicy chodzą młodzi ludzie a klimat uzdrowiska wcale nie dominuje nad innymi aspektami życia w Pieszczanach. Dobrze wyważone, ładne i gościnne miasto, gdzie przy okazji można pić wody lecznicze litrami.
Żeby jednak było jasne, że mamy do czynienia z uzdrowiskiem, które ma przecież leczyć, włodarze zadbali o mnogość przypominających o tym rzeźb i pomników. Tutaj na przykład inspirujący w swej dosłowności, powstały kuracjusz. Po pobycie w Pieszczanach łamie kule, których już przecież nie potrzebuje. To jest reklama! Inne rzeźby też pokazują dobre życie po kuracji, były nawet takie z lekkim zabarwieniem erotycznym, których nie mamy śmiałości pokazać.

Dolne Poważe to urokliwa i stonowana część Słowacji. Fakt, że tutejsze pagórki to nie Tatry, a Trnava to nie San Francisco, ale nawet poza Świętem Kiełbasy, co więcej, nawet zimą bezśnieżną jak ta w roku pańskim 2015/16 można tu znaleźć wiele ciekawych i atrakcyjnych miejsc. Nie obiecujemy, że każdy kto napije się piesczańskich wód odchromieje, ale złe wspomnienia z tego rejonu są mało prawdopodobne.

Na koniec jeszcze mapka - dla tych, którzy nie chcą czekać do kolejnego święta kiełbasy: wiosna, lato i jesień to okres dla zwiedzania Słowacji wyjątkowo dobry. Weź Jedź!


Prześlij komentarz