Rohovsky minipivovar: Rohan pomoże!

poniedziałek, 21 marca 2016
data:post.title
Gdzieś tam, w Czechach, 100 kilometrów od Katowic, 15 kilometrów od Raciborza i jakieś kilometr od granicy polsko-czeskiej w linii prostej, w maleńkiej miejscowości Rohov, znajduje się gospoda, a w niej pivovar, który pomaga poradzić sobie ze wszystkimi problemami życia codziennego. Chyba, że jest się drzewem, co jest głównym argumentem tego wywodu. Wystarczy wejść, i zanurzyć się w innym świecie.


Kiedy przyjechaliśmy do Rohova, posępna aura sugerowała, że nieliczni mieszkańcy miasteczka będą spędzać popołudnie raczej z czeską wersją "Tańca w gwiazdami", a nie przy złocistym trunku.  Nic bardziej mylnego. Nie wiem, czego nie doceniliśmy: smaku tutejszego piwa, zawziętości tubylców w docieraniu do hospody, mimo przysłowiowych deszczu, burzy & zawieruchy, czy też wręcz przeciwnie, przeceniliśmy magnetyzm tutejszej niedzielnej ramówki. Cokolwiek skłoniło jednak mieszkańców Rohova do przybycia do lokalu (czy też wypędziło ich z domu), jest to siła z którą należy się liczyć. Miejscowi stawili się licznie.

Co ciekawe, nie tylko Czesi przesiadują w tej niezwykłej hospodzie. Równie łatwo usłyszeć tu "dobrou chuť" co "smacznego". Dotrzemy z czasem do powodów, które przyciągnęły tu sympatycznych gliwiczan w liczbie na tyle mnogiej, że ludzie młodsi bez dedykowanej aplikacji nie ogarną, ludzie pierwotni nie zliczą bez analizy tropów u wodopoju, a my jako ci pośrodku musielibyśmy ich kulturalnie poprosić by w swej uprzejmości wszyscy usiedli i odliczyli. Ponieważ tego nie zrobiliśmy (wydawali się zbyt szczęśliwi, by im przeszkadzać) stwierdzimy tylko, że Polaków było tam równie dużo jak w autobusach do Anglii przed erą Rayanaira. Na szczęście nikt nie klaskał kiedy barmanka trafiała piwem do kufla.

Tutejszy lokal to prawdziwy kompleks i to bez kompleksów w żadnej z obu kategorii wyszynku do których aspiruje (współczesny wyszynk obejmuje dyscypliny jadła i picia, w Czechach często spotyka się również uważaną obecnie za anachroniczną odmianę obejmującą również palenie). Hospoda "u Komarku", mieści na zapleczu minibrowar o nazwie brzmiącej wyjątkowo epicko - Rohan. Widzimy już te pytania w Waszych głowach: Czyżby Peter Jackson wzorował wygląd jeźdźców na naszych sympatycznych sąsiadach (kto za - koment)? Jeśli tak, to warto zadać sobie kolejne pytania: Czy nie nakręcił przypadkiem czarnej komedii, pod nazwiskiem Petr Jackson (jeśli tak - like)? A także, co w świecie Tolkiena leży na północ od Rohanu (jak chcesz się dowiedzieć przed kolejnym akapitem - share)? W środku nie było zbyt może wielu długowłosych, wąsatych kawalerzystów, ale tutejsze piwo smakuje na tyle dobrze, że z pewnością warto gnać na nie, co koń wyskoczy. Weź jedź!

Wracając, na północ od Rohanu leży las Fangorn. Oficjalnie możemy dalej brnąć w te skojarzenia, skoro mleko się już rozlało i wylazły z nas wewnętrzne nerdy (jeśli po tytule i poprzednich kilku linijkach się tego jeszcze nie domyśliliście, możemy Wam bezkarnie napisać, że macie problemy z czytaniem ze zrozumieniem, bezkarnie, bo i tak to do Was nie dotrze). Gdyby Jackson faktycznie był w tutejszym browarze, nie wygłupiałby się z posyłaniem hobbitów do lasu entów po posiłki. Po wypiciu kilku kufli półtmawej trzynastki doszliby do wniosku, że Sauron to słabiak i na kopach wyślą go skąd przyszedł. Zakupili by leżaka - jedenastkę na wynos i wesoło ruszyli do Mordoru, gdzie zginęli by szybko, ale jakże szczęśliwi. Obawiamy się niestety, że nawet tak tragiczny finał nie uchroniłby nikogo przed męką trzech części Hobbita.

Mamy nadzieję, że widok baru pozwoli Wam odrzucić od siebie te bolesne wspomnienia ostatnich świąt (jeśli zdecydowaliście się na poświęcenie świąt na wizytę w kinie i konsumpcję rozczłonowanego Hobbita). Dla tych z Was, w których odezwały się jednak stare rany i są już w połowie drogi do Nowej Zelandi, by oto tymi ręcami wyjaśnić Jacksonowi, dlaczego naszą narodową trylogię rozpoczyna "Ogniem i mieczem" (a potem jest już tylko gorzej) mamy jeszcze jedno zdjęcie pocieszenia.

Oto tajemnica Hospody u Komarku - powód dlaczego także Polacy tak chętnie przekraczają granicę w Krzanowicach (niedaleko Raciborza). Specjalność zakładu - Pecene Kolano, po polsku golonka. 
Nam nie było dane spróbować. Przyjechaliśmy niezapowiedziani, a tutejszą golonkę trzeba zamawiać z wyprzedzeniem, biorąc pod uwagę rozmiary porcji nic w tym dziwnego, trzeba trochę zachodu by złapać wieloryba z racicami. Sądząc po liczbie Polaków jacy zawitali do Rohova w to dżdżyste popołudnie tutejsza kuchnia jest warta ponad stukilometrowej wyprawy. Naszym zdaniem piwo jest równie silnym argumentem. Jeśli ktoś myśli inaczej, niech odważy się obejrzeć czeską wersję Tańca z gwiazdami (nie, nie jest to hokej, nie będzie tak łatwo) i to z pełną powagą i włączonym głosem. Jeśli po takim doświadczeniu poczujesz potrzebę znalezienia schronienia, polecamy Rohovsky minipivowar. Jeśli natomiast uznasz, że wszystko w porządku i w sumie to możesz nawet wysłać sms na Honzę, to ewidentnie jesteś entem i nic nie jest w stanie przebić się przez warstwy Twej kory. Quod erat demonstrandum.

Ps. Jeśli akurat nie jesteś nerdem, a ciągle frapuje Cię tytuł, zainspirowaliśmy się nim po tej scenie filmu Petra: 


Ps. 2. Jeśli mimo naszego nieuzasadnionego strumienia świadomości, uważasz, że warto odwiedzić Rohov i spróbować piwa Rohan, ewentualnie golonki-olbrzyma, podajemy namiary:
Hospoda U Komárků 
Slezská 86, 
747 25 Rohov,
Czechy

2 komentarze

  1. Cudnie, a jak zamówić tę golonkę, żeby była gotowa na czas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (+420) 553 761 087 - wystarczy zadzwonić pod ten numer, zapowiedzieć swoją wizytę a miła pani z call center Hospody zrobi już wszystko jak trzeba :)

      Usuń