Kultowe trasy: serbsko-rumuński przełom Dunaju i Żelazna Brama

wtorek, 8 marca 2016
data:post.title

Przełom Dunaju to trasa, którą będąc w Rumunii warto przejechać w równym stopniu, co słynną trasę Transfogaraską. Przy czym Przełom Dunaju to trasa całoroczna (Transfagoraska jest nieprzjezdna zimą, aż do czerwca), a przy okazji prowadzi przez przepiękne tereny. Zatem wyruszamy, za początek naszej wyprawy wybraliśmy Belgrad. 
Po wieczornym zwiedzaniu Belgradu nocowaliśmy w San Art Floating Hostel, przestronnej barce przycumowanej nad brzegiem Dunaju. Widok na belgradzki zamek w nocy i o poranku wart jest każdej ceny. My konkretnie zapłaciliśmy ok. 60 zł i uważamy, że jesteśmy niezaprzeczalnie do przodu.  Z samego rana wyruszyliśmy z Belgradu w stronę wsi Radoševac, która była faktycznym początkiem naszej wyprawy. (Belgrad - Radoševac, 125 km, niecałe 2 godziny drogi). 
Dotarliśmy do pięknego, choć raczej nie modrego Dunaju (tak do końca, to trudno powiedzieć - nasz załogowy inżynier jest specem od transportu, nie kolorów). Rzeka będzie nam towarzyszyła przez następne kilkaset kilometrów. 
Nie wiemy kto mieszka w tych przyczepach kempingowych, ale wydaje nam się że pomysł na miejsce zamieszkania jest dość odważny. Za to jaki widok!
Droga bezpośrednio przejeżdża przez mury zamku Golubac. Tutejsze wąskie tunele to prawdziwa gratka dla kierowców, chyba że akurat masz przyjemność jeździć tirem. 
Imponujące ruiny zamku dominują nad trasą i przypominają długą historię walki z zagrażającym od południa Imperium Osmańskim.
Mniej imponujące ruiny nie wiemy czego, nie przypominają z kolei niczego.
A tutaj klasyczna już ciekawostka polonijno-historyczna. To właśnie podczas obrony zamku Golubac przed Turkami zginął znany z kart historii i sienkiewiczowskiej prozy Zawisza Czarny. Zawisza osłaniał odwrót wojsk Zygmunta Luksemburskiego tak zaciekle, że nawet kiedy ten wysłał po niego łódź, polski rycerz postanowił pozostać na polu bitwy ze swoimi towarzyszami. Jak głosi legenda, wzięty do niewoli, został ścięty ze względu na prymitywne metody rozwiązywania problemów, jakimi posługiwali się naonczas janczarzy.
Cała trasa jest mocno ograniczona z obu stron - z jednej, szeroki Dunaj, z drugiej - skały, czasem wręcz wiszące nad drogą. Uważna obserwacja jezdni, pobocza, skał i fal dostarcza kierowcy wielu wrażeń. Warto robić sporo zdjęć by mógł potem zobaczyć co mijał.


Film też się sprawdza...

Tunele, występujące na trasie częściej niż stacje benzynowe, restauracje, postoje i chyba nawet dziury w asfalcie, są wąskie, nieoświetlone, a często kute w litej skale. Wrażenie dzikości i surowości trasy na długo pozostaje w pamięci.
Podobnie jak na długo w pamięci zostają widoki Dunaju, przecinającego ląd niczym janczarzy kark Zawiszy Czarnego. Co ciekawe, jeszcze rzadsze od stacji benzynowych są tutaj mosty - do przeprawy rzecznej jedzie się stąd jakieś dwie godziny.
Pustki, mistyczny i nieco smutny widok w naddunajskich kurortach. Wyliczanka brakujących na trasie elementów wydłuża się zatem o turystów, których w miesiącach wczesnowiosennych jest tu jak na lekarstwo.
Dotarliśmy do Żelaznych Wrót, widok niesamowity, warto przejechać nawet dłuższą trasę, żeby stanąć nad Dunajem i zobaczyć tą mistyczną walkę między Karpatami i Górami Wschodnioserbskimi, rozdzielanych tylko płynącym do Marza Czarnego Dunajem.
Jesteśmy już w Rumunii. Orsova jest jednym z najbardziej popularnych kurortów nad Dunajem, już po stronie Rumuńskiej. Jak widać, ożywa raczej w sezonie letnim. W kwietniu natknęliśmy się na prawdziwe pustki, co miało swoje plusy i minusy. Znalezienie knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść nie należało co prawda do najłatwiejszych zadań, ale kiedy już znaleźliśmy - przywitano nas w niej jak prawdziwych królów życia.
Koń, jaki jest, każdy widzi. Na rumuńskich drogach w okolicach przełomu Dunaju, takie zjawisko rolniczo-przyrodnicze zdarzały się niezwykle często. Ten akurat był oswojony z samochodami do tego stopnia, że dłuższą chwilę zajęło nam czekanie, aż znudzi mu się blokada drogi.
W końcu dotarliśmy do posągu Decebala. Ogromy, monumentalny łeb wystaje ze skał, dumnie i nieco złowrogo strzegąc granicy serbsko-rumuńskiej. Ciekawostka, przy budowie na pozór antycznie wyglądającego pomnika, ufundowanego całkiem niedawno przez rumuńskiego milionera, zginęła tylko jedna osoba. W dodatku ukąszona przez żmiję.

Kiedy po długim i trudnym dniu, spędzonym na niesamowitej trasie, oddalaliśmy się od posągu Decebala w kierunku siedmiogrodzkiej Huneodary, wiatr buszujący między skałami zdawał się układać w znajome słowa: "Weź Jedź!" True story.

Prześlij komentarz