Dublin: miasto Liffey i Guinnesem płynące

czwartek, 17 marca 2016
data:post.title
Dublin to miasto, które można pokochać od pierwszego wejrzenia, posmakowania i usłyszenia. Bo oprócz architektury, w Dublinie uwodzi literatura, muzyka i dwa trunki obecne tutaj na każdym kroku - "world fameous" piwo Guinnes i whiskey Jameson. 
Rzeka Liffey przecina Dublin na pół, ale miasto poradziło sobie z tym problemem przez budowę licznych mostów, które same w sobie tworzą klimat miejsca. Niby mówi się, że "Liffey stinks like hell", ale nie jest tak źle. A jeśli faktycznie, to przynajmniej możemy mieć nadzieję, że z zapachami w piekle nie jest tak źle.
Najlepsza architektura Dublina, powiedzmy szczerze (i jeśli  czyta to jakiś Irlandczyk, proszę - nie zabijaj), pamięta czasy angielskie. To Anglicy, niezbyt przyjaźnie dzisiaj wspominani, wybudowali w Dublinie największe i najbardziej spektakularne gmachy.
Początek O'Connel Street. To oś miasta, wokół której dzieje się niemal wszystko (oprócz życia nocnego, które przenosi się na Temple Bar). Dla wprawnego oka - za pomnikiem najbardziej charakterystyczny element architektoniczny  Dublina. The Dublin Spire, po polsku Szpila (troszkę mniej poważnie i nie ma przedrostka "the" ale ta nazwa  już na stałe weszła w polsko-irlandzką nowomowę). Skoro już mowa o angielskiej architekturze, to The Spire pokazuje, że nie wszystkie jej elementy się w Dublinie ostały. Szpila stanęła na miejscu, w którym wcześniej dumnie prezentowała się Kolumna Nelsona. Tak, tego Nelsona - admirała brytyjskiego, barona Nilu, wielkiego tryumfatora, pogromcy Francuzów i Hiszpanów. Jak można sobie wyobrazić, takiej stojącej na środku O'Connel Street drzazgi w oku dumni Irlandczycy znieść nie mogli i postanowili wysadzić kolumnę, w dodatku z powodzeniem. "Zaledwie" 50 lat później w tym samym miejscu stanęła słynna iglica - jak tłumaczyli architekci, żeby uczcić nowe tysiąclecie.

Zresztą to główne miejsce spotkań Polaków na wyspie. Pamiętam, kiedyś w 2007 pamiętny koncert hiphopowy w pobliżu Spire. Wyobraźcie sobie: scena, polski hip hop i tekst:

Przyjechałem do Dublina
Miała praca być i dom
Nie ma tego ani tego
Ale dalej jestem ziom.

Jo! Następny post postaramy się równie fajnie zrymować.
Ale idźmy  dalej. Dublin to też parki, skwery i miejsca w których można posiedzieć. Można poczytać "Ulyssesa" Jamesa Joyca (najlepiej wchodzi pod pomnikiem pisarza - rzut kamieniem od Szpili) i jak z mapy czytać stary Dublin. Ale i tak, naszym zdaniem wszystko to jest pretekstem do tego, żeby posiedzieć sobie przy piwie albo whisky. Jeśli już o Guinnessie i Jamesonie mowa, to znajdźmy jego źródło. Oto ono - Temple Bar! 
Nie ma lepszego miejsca na świecie - pomyślałem, kiedy pierwszy raz spędziłem tam kilka upojnych dni, w towarzystwie najwspanialszych Irlandczyków, jakich dała nam ziemia - panów Guinnessa i Jamesona. No dobra, jest jeszcze James Joyce, Samuel Becket, Bono i Connor McGregor (ten ostatni może Wam nieznany, to klasyczny model Irlandczyka - mały ale wariot.)
A teraz puenta - jeśli jedziecie do Dublina, nie starajcie się ominąć Temple Bar. Możecie oczywiście wcześniej zapoznać się z dziedzictwem kulturowym i architektonicznym Dublina, możecie poczytać Joyce'a, ale w końcu i tak traficie na Temple Bar, prędzej czy później. Jeśli będziecie się opierać, tylko kac będzie mocniejszy, bo niechciany. Weź leć i spędź czas w Dublinie. Zachłyśnij się literaturą, muzyką,  klimatem i trunkami.

Fotki: Piotr Sztefek

Prześlij komentarz