Północne Morawy - kraina urokliwych miasteczek

poniedziałek, 22 lutego 2016
data:post.title
Frydek Mistek, Hulkvady, Pribor i Stramberk - cztery miasteczka w pobliżu polskiej granicy, wszystkie cztery w zasięgu ręki, wszystkie cztery urokliwe i warte by je odwiedźić. Zapraszamy na krótką wędrówkę po pięknych zakątkach kraju Morawsko-Śląskiego. 

Zaczęliśmy nietypowo, śniadaniem w zaprzyjaźnionej Etno Chacie. W momencie robienia zdjęcia startowego, pewien pies postanowił zawalczyć o swe 5 minut sławy. Sądząc po tym jak wysoko wyskoczył, by móc znaleźć się z nami na jednej fotografii, musimy być nader popularni wśród owczarków szetlandzkich. Niestety instynkt BHP-owca nie pozwolił zabrać zdeterminowanego czworonoga w podróż. Wiele godzin w samochodzie to mordęga dla psów, zwłaszcza dla pasterskich. Naszemu kynofanowi pozostaje lektura bloga.

A to już Frydek Mistek, rzut kamieniem od polsko-czeskiej granicy. To miasto pogranicza, bo nie tylko granica polsko-czeska znajduje się blisko. Frydek Mistek to miasto, które powstało z połączenia dwóch niezależnych kiedyś mejscowości (i tutaj niespodzianka - z Frydka i Mistka). Frydek leży jeszcze w w obrębie historycznego Śląska Cieszyńskiego, a Mistek już na Morawach. Żeby nie było wątpliwości, gdzie przebiega granica - tworzy ją rzeka Ostrawica. 

Niemal wszystkie obiekty godne odwiedzenia znajdują się w śląskiej części, a więc w historycznym Frydku. Najbardziej spektakularnym budynkiem do zwiedzania jest frydecki zamek książąt cieszyńskich, znajdujący się przy rynku starego miasta.

Decyzja o połączeniu Frydka i Mistka została podjęta w 1943 roku przez nazistów, którzy administrowali tymi terenami, a później została utrzymana przez komunistyczne władze Czechosłowacji. I tak już zostało, mimo upadku kolejnych reżimów.

Zresztą decyzja o połączeniu tych miast wydaje się słuszna, bo oprócz tego, że po śląskiej części znajduje się starówka, a po morawskiej - wielkie blokowiska, te dwa organizmy miejskie zostały ze sobą skutecznie połączone. Większość czasu warto zatem poświęcić na zwiedzanie Frydka, chyba że interesuje was rzemieślniczy browar restauracyjny, który znajduje się już po morawskiej stronie. Kiedy bowiem ambitni Ślązacy wznosili piękne budowle, pragmatyczni Morawianie doskonalili sztukę piwowarstwa i osiągnęli w tym zakresie niemało. Ale o tym w kolejnym tekście. (Tak, będzie o browarach!) Po krótkim, acz starannym zwiedzaniu Frydka-Mistka, czas ruszyć dalej, do niepozornych Hukvald.

Hukvaldy, odwiedzone przez nas przede wszystkim ze względu na browar (ach ten niedokładny research), okazały się pięknym miejscem. Kamienna brama strzeże wejścia do parku, w którym można spotkać dziką zwierzynę, a na szczycie znajdują się ruiny zamku.

Inny świat w hukvaldzkim parku.
Hukvaldy, bardzo kompaktowe, są dzisiaj pięknym miasteczkiem, które w średniowieczu było stolicą Państwa Hukvaldzkiego. Miłośników muzyki poważnej może zainteresować przechadzka śladami Leosza Janaczka, XIX wiecznego kompozytora, najznamienitszego syna Hukvaldów, który tutaj się urodził i wychował (dane o pierwszeństwie Janaczka pochodzą sprzed okresu kiedy nachalnie, acz w pełni zasłużenie, postanowiliśmy lobbować na rzecz miejscowego piwowara. Leosz nadchodzą zmiany.). 

Czas odwiedzić Pribor, znany przede wszystkim z faktu, że to własnie tam urodził się ojciec psychoanalizy, Zygmunt Freud. Niestety w mieście nie ma browaru, który byłby równowagą dla tego dziedzictwa. Kompleks, póki co, nie do zaleczenia.

Architektura komunistyczna potrafi zepsuć najładniejszy rynek - pomyśleliśmy, patrząc na urząd miasta w Priborze. Okazało się, że pochodzi z 1938 roku, przez co nabraliśmy do niej trochę szacunku. Ale tylko trochę. 

Oko w oko z her Freudem. Podeszliśmy blisko, żeby spróbować lepiej zrozumieć o co chodziło z tą całą psychoanalizą. Nie zrozumieliśmy, została tylko nieświadomość i nerwica. Pozostaje nam wyjechać z Pribora i wybrać się do następnego celu - Sztramberku. 

Sztramberk to chyba najbardziej znana turystycznie miejscowość regionu. Nic w tym dziwnego, malownicze pozostałości zamku górujące nad miejscowością przyciągają z daleka niczym magnes. Pogoda dopisała, niedziela w pełni, a więc i turystów jak w wakacje, mimo że dopiero początek lutego. To problem, bo chyba nikt nie był przygotowany na taki najazd - znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem, wszystkie knajpy  przepełnione i o zgrozo, skończyło się lokalne piwo.

Mieszkańcy znacznie lepiej poradzili sobie z najazdem tatarskim w 1241 roku. Schronili się na wzgórzu i spuszczając wodę ze zbiornika, zatopili obóz tatarski. Kiedy go przeszukiwali, znaleźli ponoć uszy chrześcijan, które miały zostać wysłane do dowódcy, na dowód sukcesów tatarskich. Stąd tradycja wypiekania Sztramberskich Uszu. Ten lokalny przysmak, kruche ciasto piernikowe pieczone tak, żeby w głęboko metaforyczny sposób przypominało uszy,  można kupić w jednym z kilkunastu sklepów i piekarni w centrum miasteczka. Ocena?  Może nie mamy doświadczenia w gryzieniu uszu na poziomie Mike'a Tysona, ale jeśli ludzkie uszy są równie twarde jak te pieczone w Sztramberku, zupełnie nie rozumiemy po co słynnemu bokserowi tygrys. Najprawdopodobniej sam potrafi gryźć mocniej i chrupałby tutejsze pierniki ze smakiem.  Nam brakuje takiego zaparcia. A Sztramberskie uszy do trdelników z Pragi nie mają nawet podejścia (choć to oczywiście rzecz gustu). 


W Stramberku można znaleźć takie perełki - średniowieczne mury przylegające do drewnianej zabudowy. Ten dom akurat jest na sprzedaż, w razie zainteresowania chętnie użyczymy numer telefonu właściciela. Czarci ul widoczny w prawym dolnym rogu wliczony w cenę.

Nawet jeśli nie zdecydujecie się na zakup nieruchomości w Sztramberku (chociaż już miejsce parkingowe tutaj, to żyła złota) dajcie się kupić północnym Morawom. Zaręczamy, że będzie to trafna inwestycja. Tutejsze urokliwe miasteczka, piękne widoki i browary o których już wkrótce napiszemy w całej rozciągłości, czekają. Weź jedź!


Prześlij komentarz