Jerozolima nocą: spokojne zwiedzanie i świt życia

piątek, 5 lutego 2016
data:post.title
Jesteś w Izraelu, do Jerozolimy przyjeżdżasz pod wieczór a następnego dnia musisz jechać dalej... Jakaś rada na zwiedzanie? Nie śpij, albo śpij niewiele. Wtedy spokojnie, z dala od zgiełku nieustępliwych sprzedawców zwiedzisz Stare Miasto, a jeśli uda Ci się znaleźć jakąś miejscówkę na dachu, możesz zobaczyć niesamowity wschód słońca. 

Do Jerozolimy z Eilatu przyjechaliśmy około godziny 18, w dodatku w grudniu, a zatem już w porze zmierzchu. Dodatkowo przez godzinę szukaliśmy parkingu (jeśli jesteście samochodem, to jedynym rozsądnym rozwiązaniem są parkingi podziemne wokół Starego Miasta, koszt na jeden dzień to - 60 szekli), a później hostelu, już w obrębach murów starej Jerozolimy.
Krótki odpoczynek i o 20:00 jesteśmy gotowi na pierwsze zwiedzanie. Do hostelu wrócimy jeszcze później, bo to jedna z największych niespodzianek tej nocy.

Grudniowe noce w Jerozolimie (ok. 15 stopni Celcjusza, więc nie zmarzniecie), okazują się idealną porą na zwiedzanie - jak widać, Stare Miasto jest niemal kompletnie opustoszałe, a zabójcze temperatury nie szepcą do ucha: "jesteś mesjaszem*" (*syndrom jerozolimski - jeszcze o nim kiedyś napiszemy).

Jedną z pierwszych rzeczy, na jakie natknęliśmy się podczas zwiedzania Jerozolimy, były te dziwne drzwi oznaczone rzymską cyfrą VII. No tak, to Via Dolorosa, Droga Krzyżowa! Ruszyliśmy więc na poszukiwanie pozostałych stacji, co jest świetnym sposbem na eksplorację uliczek i kryjących się w nich  bram. Pierwsze VII udało nam się zlokalizować, kolejne znajdują się już w budynkach świątynnych, to zatem opcja na zwiedzanie za dnia. 

Na większe skupiska ludzi w obrębach murów starej Jerozolimy natykaliśmy się tylko w okolicach bram, które do dzisiaj pełnią naturalne funkcje komunikacyjne. Poza nimi w grupach stoją jedynie patrole policji. Poczucie bezpieczeństwa niczym na farmie Billa Gatesa, tu też jednak nie wolno karmić zwierząt.

Tutaj widzimy Bramę Damasceńską, która poprowadziła nas już za mury. To najbardziej znana brama w Jerozolimie, tuż za nią znajduje się popularny - leżący już w dzielnicy palestyńskiej - targ. 

To świetne miejsce, żeby zrobić zakupy - świeże owoce są tutaj trzykrotnie tańsze niż po stronie żydowskiej (ceny są też znacznie niższe niż w innych miastach Izraelskich. Na myśl o cenach w Eilacie do dzisiaj budzimy się zlani zimnym potem i pospiesznie sprawdzamy wyciągi bankowe. Choć z drugiej strony, nurkowanie w Morzu Czerwonym było absolutnie warte nabycia tej niewinnej paranoi). 

To właśnie tutaj, na targu palestyńskim natknęliśmy się na prawdziwą perełkę. Zresztą jakże mogło być inaczej, skoro już baner reklamowy ogłaszał wszem i wobec, że to siedziba "King of Falafel & Shawera". W istocie, falafele (w których, mimo upodobań wybitnie mięsożernych, zagustowałem), były tutaj prima sort. Cena: 7 szekli za falafela, a więc można zjeść taniej niż w Polsce (a to naprawdę rzadkość w drogim Izraelu). 

Godzina 2:00, całe stare miasto udało się obejść, zatrzymując się i dumając nad niesamowitą atmosferą tego "miasta trzech religii". Czas wracać do hostelu. A ten sam w sobie okazał się nie lada atrakcją. Citadel Hostel (ok. 50 zł za noc), znajduje się pośrodku starej Jerozolimy. W dodatku, jak dowiedzieliśmy się od właściciela, możemy spokojnie wyjść na dach, żeby zobaczyć miasto nocą. Co ciekawe, latem można tu wynająć miejsce na karimatę na dachu i tam spędzić noc, za ... 15 złotych. Nie myśląc długo, zaczęliśmy wyścig na dach!

Kiedy zobaczyliśmy ten widok, wiedzieliśmy, że jest coś, czego nie możemy ominąć - wschód słońca. Była godzina 2:30 w nocy, do wschodu jeszcze 4 godziny, więc ten czas można przeznaczyć na drzemkę. Wrócimy niedługo, żeby zobaczyć...

...promienie słońca, które rozjaśniają Jerozolimę. 

Wstać na wschód słońca tuż przed przesileniem zimowym. Z jednej strony żaden problem (to około 6:30 rano), z drugiej jednak należy się spieszyć. W tych szerokościach słońce wynurza się zza widnokręgu niczym Pendolino zza zakrętu.
Czuliśmy wagę sytuacji, wiedzieliśmy, że skoro los (a raczej portal do rezerwacji hosteli), dał nam taką szansę, musimy z niej skorzystać. Jakiekolwiek wątpliwości i marudzenia w stylu "jeszcze pół godziny i wstajemy", minęły kiedy zobaczyliśmy wschodzące nad tym niezwykle mistycznym miastem słońce. 

Blade ściany kościołów i świątyń różnych wyznań, nabierały coraz to żywszych kolorów, a w okolicy 7 rano we wszystkich wieżach obudziły się dzwony. Polifonia to mało powiedziane. Ponoć właśnie ta rozdzwoniona i przymusowa pobudka jest jedynym minusem spania latem na dachu hostelu.

Słońce pokazało nam też absurdalne ilości dziwnych instalacji na dachach tych historycznych budynków. Od baterii słonecznych, przez zbiorniki z wodą, aż po anteny satelitarne. Ale jakoś - o dziwo - nie przeszkodziło mi to w odbiorze piękna Jerozolimy. 


Wyszliśmy jeszcze na spacer, żeby zobaczyć jak miasto budzi się ze snu, a budziło się niezwykle powoli. Zresztą wczesny początek tego dnia sprawił, że mieliśmy okazję wejść na Wzgórze Świątynne, ze słynną Kopułą na Skale, która wcześniej, podczas oglądania wschodu słońca, kusiła nas swoim przepychem. Wzgórze jest otwarte od 7 do 11 i ani o minutę dłużej, o czym przypominają o 11:00 uzbrojeni żołnierze obojga strzegących wzgórza narodów. 

Tym widokiem mogliśmy więc pożegnać się symbolicznie z miastem, z którym choć obcowaliśmy krótko, to pozostawiło w nas swoje wspomnienie naprawdę na długo. Jerozolimę zobaczyć trzeba, choćby tylko w jedną noc i poranek. Weź jedź!

Good bye Jerusalem, czas w drogę, ale jeszcze tu wrócimy. 

Prześlij komentarz