Praga w 1 dzień: czy warto?

środa, 27 stycznia 2016
data:post.title

Kiedy napięty plan weekendu pozwala zmieścić zaledwie jednodniowy epizod Weź Jedźenia, zwyczajowe: „Spoko, ale dokąd?” zyskuje nowy wymiar. Wymiar wąski, o wszelkich cechach kompromisu pomiędzy nudą powrotów do miejsc znanych już zbyt dobrze, a frustracją niemożności zobaczenia czegoś nowego a odległego. Nie po to jednak działamy pod szyldem Weź Jedź, by pokornie się „wziąć i ograniczyć”. Jedynym możliwym planem był plan ambitny i na granicy wykonalności.

Praga w jeden dzień.

Chociaż plan to tutaj za duże słowo. Idea wyjazdu olśniła nas w piątek o 23:30, w drodze byliśmy już po kilku godzinach.


W Pradze jesteśmy o 11:30. Pierwsze wyzwanie, znaleźć parking, przez który nie zbankrutujemy. Nie udaje się. Miejsca darmowe obsadzone niczym kiście kalifornijskich winogron, a my nie mamy czasu na szukanie do upadłego. Przyszło na zapłacić 50 koron za godzinę i ani halerza mniej. No dobra, jakoś trzeba przeżyć tą zniewagę. Zostawiamy samochód u niezłomnego parkingowego, niedaleko Mostu Stefanika, a więc blisko Starego Miasta i żydowskiego Józefowa. Pierwsze kroki kierujemy na staromiejski rynek, żeby zobaczyć ulicznych performerów, którzy mimo mrozu zapewniali turystom rozrywkę podczas spacerów. Ale nie po to kierowaliśmy się w tą stronę, biegniemy zatem do kultowej hospody U Zlatého Tygra. Idziemy uliczkami starego miasta, troszkę przy okazji błądząc, żeby tylko napić się piwa w ulubionym lokalu Hrabala.



Niestety, nie przewidzieliśmy, że w czeskich gopodach dzień zaczyna się później i u Tigra piwa można się napić dopiero od 16. Dobrego Pilsnera polecają też U dvou kocek, zatem to kolejny przystanek na naszej trasie.


Tam się udajemy, lokal otwarty już od 12, w dodatku już kilka minut po wybiciu przez Orloja południa zapełnia się klientelą. I tutaj jedyny minus jednodniowego tripa do Pragi samochodem. Kierowca będzie cierpiał.


Odbić można sobie jedzeniem, my polecamy budki na Placu Wacława (Václavské náměstí) , świetne kiełbasy a przy okazji burgery ze smażonym serem. Tu ciekawostka, rekordowy korbacz, tradycyjny ser produkowany przez rozciąganie pojedynczego pasma sera, miał ponoć aż 150 metrów długości. Przy odrobinie cierpliwości, wspomaganej samochodem z hakiem (z głębokości wołam do Ciebie Land Roverze) z „legendarnych serowych burgerów” sprzedawanych na placu można wyciągnąć równie daleko idące konsekwencje.



W Pradze czasem dobrze zabłądzić, można natknąć się na urokliwe miejsca, których jest w tym mieście więcej niż w Krakowie przystanków pomalowanych przez kibiców.  


Most Karola to punkt obowiązkowy. Jeśli tylko nie dacie się porwać tajemnemu rytuałowi pocierania mosiężnych płaskorzeźb (podejrzewamy, że zabieg ten szczęście przynosi przede wszystkim ekipom sprzątającym) możecie oddać się chwili zadumy i oglądać wycieczkowiczów uwięzionych na pływających statko-piwiarniach. Ahoj! Nie nam tracić cenne godziny na tych łajbach. Z drugiego brzegu wzywają nas Hradczany, a w ich cieniu tajemniczy kościół, w którym Paulo Coehlo wyprosił niegdyś sukces wydawniczy (być może ktoś wymodli jeszcze dla niego talent literacki, to możesz być Ty). Innymi słowy, mamy rachunki do wyrównania.


Z pewnością wyścig z czasem nie jest dla nas przeszkodą. Wąskie uliczki pełne uroczych knajp to już jednak całkiem inna inszość... Nie ukrywajmy, część czasu danego nam w Pradze, spędziliśmy w knajpach. I powiem Wam jedno – absolutnie było warto.


Trdelnik, lokalny przysmak, tu podany z cynamonem. Szyld mówił, że to najlepsze trdelniki w mieście, porównania nie mieliśmy, ale wydawał się wybitny.  


#wartosiezgubic część druga. Tym razem, w drodze na Hradczany skręciliśmy w nieco inną uliczkę. Schody jak w Rockym – ubaw po pachy. Wbiec, podskoczyć, spojrzeć spod byka „okiem tygrysa”.  


Widok z Hradczan. Perfekcyjny finał udanej wycieczki. Noc, a w blasku świateł miasto u stóp. Tyle wygrać.


I w drodze powrotnej refleksja niczym wiśnia na torcie: Praga, to wieczorami taka trochę Sighisoara (ostrzegaliśmy będziemy propagować, nie tylko w nadziei na otrzymanie honorowego obywatelstwa za sprowadzenie tabunów turystów).  


Nasze doświadczenie Pragi w jeden dzień oceniamy za bardzo udane. Kraina piwa, pysznego jedzenia i wspaniałej architektury jest na tyle piękna i bogata by spędzić w niej znacznie więcej czasu, ale intensywne i krótkie wizyty również potrafią dostarczyć fantastycznych wrażeń.
Nie wierzysz? Weź Jedź! Ps. Jeśli tylko masz okazję nie być kierowcą, a nie stronisz od złotego trunku, wykorzystaj ją. Trudno o lepsze miasto na popołudniowe piwo, niż Praga.

Prześlij komentarz