Dlaczego warto pojechać na Złombol? (Refleksje początkującego złombolowca)

czwartek, 14 stycznia 2016
data:post.title


Ten krótki poradnik, a raczej tekst wspominkowo-motywacyjny, piszę z perspektywy początkującego Złombolowca - mam za sobą dopiero pierwszy rajd i nieśmiałe przyglądanie się tegorocznej edycji. Już po tym pierwszym mogę jednak powiedzieć, że Złombol uzależnia i trudno odpuścić sobie kolejną edycję. Dlaczego warto? Może na początku krótki film z naszej podróży, a później 10 punktów/wspomnień, które sprawiają że na pewno nie zrezygnuję z kolejnej edycji.




1. Bo idea

Dla tych, którzy nie wiedzą, Złombol to rajd charytatywny, która zakłada pozyskanie przez każdą załogę darczyńców, którzy wpłacą pieniądze na dom dziecka. W skrócie - każda z załóg zbiera darczyńców na minimum 1500 złotych, którzy wspierają dom dziecka i dzięki temu może wystartować w rajdzie. Fajna to idea, bo okazuje się że z małego, spontanicznego rajdu kilku samochodów, powstała impreza, dzięki której domy dziecka dostają wsparcie na poziomie kilkuset tysięcy złotych! Brawo.

2. Zdobyć samochód - czyli przygoda zaczyna się wcześniej

No właśnie, skoro nie mamy starego samochodu, to trzeba kupić taki, który kwalifikuje się do wymagań rajdu. Najprościej rzecz ujmując - może jechać wszystko z bloku wschodniego  sprzed 1989 roku (wyjątkiem są tylko Polonezy, które do końca produkcji, a więc jeszcze dobrych 10 lat po upadku komunizmu, produkowane były bez większych zmian konstrukcyjnych, zatem organizatorzy dopuszczają także te z 2000 roku:) My zdecydowaliśmy się właśnie na Poloneza, bo cena rozsądna i łatwo jeszcze znaleźć części. Ta część złombolowej przygody to unikalna szansa na poznanie polskiego rynku samochodowego i natrafienie na "typowego handlarza-przedsiębiorcę". Co prawda w przypadku Poloneza takie sztuczki jak "Niemiec płakał jak sprzedawał" nie wchodziły w grę, ale "niech pan nie sprawdza, będzie pan zadowolony" było tutaj na porządku dziennym. My trafiliśmy na takiego już podczas pierwszego strzału, na szczęście uciekliśmy w porę, bo kiedy już prawie się dogadaliśmy, pan powiedział, żebyśmy przyjechali jutro, bo musi zdjąć felgi i wyjąć akumulator, bo ten jest jego prywatny, na chwilę tylko włożył, żeby sprawdzić. Ale już podczas drugiej próby trafiliśmy na cudo, garażowane, po dziadku, co jeździł tylko do kościoła. "Dziadek płakał jak sprzedawał".



3. To musi jeździć! (przygody przedrajdowej ciąg dalszy)
No dobra, mamy Poloneza, rocznik 1993. I teraz zrób człowieku, żeby wjechał na Passo de la Stelvio. Na szczęście udało nam się znaleźć kontakt do Pana Pawła, który już dwukrotnie przygotowywał samochód na Złombol (Co prawda dwukrotnie ten sam, ale dwa Złombole zaliczył:). Siadamy, robimy listę rzeczy do ewentualnej wymiany. Ale zaraz, przecież mamy genialny pomysł. Weźmiemy w komis wszystkie części do podwozia, co się wymieni to się wymieni, resztę się odda. Wesoło przyjeżdżamy do naszego polonezowego magika, zostawiamy mu części i szczęśliwi wracamy do domów. Problem tylko, że po kilku tygodniach, kiedy przyjechaliśmy odebrać "Dziedzica Pruskiego" (bo tak go nazwaliśmy), okazało się, że absolutnie wszystkie części okazały się potrzebne. Później jeszcze chłodnica, mała kosmetyka, oklejanie, pierwsze górskie testy i mamy cacko! Jedziemy!



4. Pospolite ruszenie - motoryzacyjna armia pod Spodkiem
Ten dzień zapamiętam na długo. 15 sierpnia 2015 roku, start Złombolu spod Katowickiego spodka. Kiedy wyjeżdżamy do Katowic o 6 rano, jest jakieś 20 stopni. Kiedy dojeżdżamy o 9 - 30. Podczas rejestracji juz z milion. Wszyscy czekają, piją wodę, rejestrują się, naklejają naklejki, umierają z gorąca. A przy okazji, trwa impreza - prawie 400 załóg w jednym miejscu... I ten moment wyjazdu, ten huk, ta radość. Teraz naprawdę jedziemy!



5. Spotkać można się wszędzie
Jedziemy, 40 stopni, otwarte okna, naturalna klimatyzacja, i cały czas albo mijamy złombolowców, albo jesteśmy przez nich mijani. Oczywiście im dalej Katowic, tym jesteśmy bardziej rozrzuceni, ale cała trasa do Wiednia to jeden wielki złombolowy korowód. Uwierzcie mi, to naprawdę świetne uczucie, kiedy gdzieś w środku Europy spotykamy tak łatwo identyfikowalnych członków tej samej imprezy.



6. Naprawmy to!
Podjeżdżamy na pierwszy kemping, Wiedeń. Przed wjazdem krótki przystanek. "Marek, włącz halogeny, trzeba wjechać z pompą". Ok, jednak nie działają, jakieś spięcie. Dobra, jedziemy normalnie. Nie odpala. Rozrusznik! No to pchamy... I tak nasz szpanerski wjazd, zamienia się w klasyczne pchanie samochodu na pole kempingowe. Jakoś nikogo to nie dziwi, wszyscy pomagają. Nikt nie wie czemu Polonez nie odpala, więc zaczynamy zastanawiać się, czy to aby nie koniec naszej wyprawy. Ale rano cud, znowu zapala normalnie. Taki to Polonez - sam się psuje, ale też sam naprawia. Zresztą przez całą drogę odpalanie samochodu wiązało się z pewną loterią i na każdym przystanku byliśmy gotowi na mały wysiłek fizyczny.



7. Przeciwności losu? This is Złombol!
Ogromny korek na autostradzie Salzburg-Monachium. Stoimy długie godziny, nasz przyjazd na metę tego odcinka, nad Jezioro Bodeńskie opóźnia się znacznie bardziej niżbyśmy się spodziewali. W dodatku wieczorem zaczyna padać, a właściwie lać. Na kemping dojeżdżamy trochę po północy, ale okazuje się, że właściwie cały pływa, nie rozłożymy nawet namiotu, a już na pewno nie unikniemy ulewy. Siadamy w McDonaldzie, żeby podjąć decyzję. Grzejemy się, dyskutujemy, jemy coś, cokolwiek. Po chwili obsługa informuje nas, że musi zamknąć, a my dalej bez decyzji. Motel, hostel? Nie ma nic wolnego. W końcu zapada decyzja, że jedziemy dalej, zarywamy noc i docieramy do kolejnego kempingu, już we Włoszech. Jedyny kierowca, który może prowadzić, jest już w drodze od 12 godzin, ale na szczęście to terminator. Jedziemy dalej, Tomek prowadzi, reszta załogi zmienia się na miejscu pasażera i zagaduje, żeby nie zasnął. Lichtenstain, Szwajcaria, o 4 rano zbliżamy się do granicy, nawigacja uparcie mówi, nie jedźcie tamtędy - serpentyny jak jasny gwint, Tomek ledwo żyje, mgła ogranicza widoczność do dwóch metrów. Ale przejeżdżamy, rano dojeżdżamy nad jezioro Como i mamy jeden dzień na odpoczynek. Tylko kolejne przyjeżdżające już po południu załogi troszkę nas irytują. "Widzieliście te widoki na granicy szwajcarsko-włoskiej???" "Nie, k***a, nie widzieliśmy".


8. Do celu
Złombol Alpine Edition, to przede wszystkim hardcorowy wjazd na Passo de la Stelvio (2758 m n.p.m.), najwyższą przełęcz Alp, królową gór. Wjazd trudny, wyczerpujący, ale przyjemny jak jasna cholera! Poranna kawusia w Bormio, przygotowanie psychiczne i jazda! Ponad 20 km podjazdu o średnim nachyleniu powyżej 7 procent. Specjalnie na tą drogę zamontowaliśmy w Polonezie chłodnicę z Boeinga, a i tak auto grzało się jak grille w majówkę. Po drodze widoki, które odbierają dech w piersiach, przegrzane samochody, którym wypadałoby pomóc, pot i łzy (szczęścia!). Ale warto było, wjeżdżamy i już wiemy, że pierwsza meta Złombola za nami! Ps. Jeśli ktoś marzy o poprawieniu kondycji, to pchanie samochodów pod górkę wydaje się świetnym ćwiczeniem.

9. Powrót
Wyczerpująca trasa, trochę odpoczynku nad włoską Gardą i czas na powrót. Zadowoleni, że auta zdały egzamin, śmigamy trasę powrotną w jednym ciągu, z krótką przerwą na drzemkę nad austriackim jeziorem Montsee (żulizm, poziom ekspert:). Wykończeni, ale szczęśliwi wracamy, co chwila spotykając inne załogi, które rozpierzchły się po tej części Europy. Im bliżej do domu, tym czujemy się bardziej bezpieczni. Nie zwracamy uwagi na to, że pada radio, później powoli słabną światła. Na wysokości Ołomuńca to już pewne - alternator. Do Ustronia dojeżdżamy trzymając po bokach latarki i chcemy tylko zaliczyć spektakularny przejazd przez Ustroński rynek, na którym akurat trwa impreza. To druga po Wiedniu próba zaszpanowania, druga kończąca się pchaniem samochodu... Do celu dojeżdżamy, z niewielką pomocą siły ludzkiej. Jesteśmy, udało się!

10. Nerwowe oczekiwanie
Kiedy już przyjechaliśmy ze Złombola i po kilku dnia można było zacząć z nami normalnie rozmawiać, kiedy odespaliśmy zmęczenie i ogarnęliśmy wrażenie, zaczął się kolejny etap. Gdzie w przyszłym roku??? Gruzja? Może Rumunia, Trasa Transfogaraska byłaby dobrym nawiązaniem do Stelvio... A może w końcu Sycylia? Po głowach chodziły nam słowa organizatorów: "Palec wam zadrży ze strachu, kiedy będziecie się rejestrowali." To może ta Gruzja, przez Turcję? I tak od września do początku stycznia. Jest! Tunezja, przez Sycylię! Telefony, smsy, spotkania, planowanie! Pewne wahanie, ale przecież: Weź jedź!


Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Dziedzic Pruski - Ekipa z Ustronia na Złombol

2 komentarze

  1. Na Złombolu nigdy nie byłam, ale od jakiegoś czasu myślimy o tym ze znajomymi... Może w tym roku się uda:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam, tym bardziej, że trasa zapowiada się wyśmienicie! Nie wszyscy wybierają się do Tunezji, ale już teraz można wyobrazić sobie Sycylię pełną perełek motoryzacji :)

      Usuń